Szukaj na tym blogu

czwartek, 17 marca 2011

O koncercie Indios Bravos słów kilka

   Odkąd zasmakowałam w kojąco-kołyszącej i energetycznej muzyce Indiosów, pragnęłam zobaczyć zespół na żywo. Okazja nadarzyła się kilka dni temu w Olsztynie. Zespół zagrał w Nowym Andergrancie i całkowicie porwał zebraną tam publiczność.

Andergrant 12.03.2011
    Nie obyło się jednak bez wpadek. Koncert rozpoczął się z około godzinnym opóźnieniem. Rozczarowane i podpite małolaty nie próbowały ukryć swojego rozżalenia i złości za owo przesunięcie. Przekleństwami sypały jak z rękawa. Aż uszy więdły. – Zaraz sobie pójdę! Niech mi zwrócą kasę za bilety, k…, no! – odgrażały się bełkocząc już nieco niewyraźnie i wymachując piwem na wszystkie strony. Poczułam się wtedy na takie imprezy już przystara. Miałam nadzieję, że muzyka Indiosów nastraja jednak pozytywnie. A tu taka (słowna) agresja!

    Na szczęście Piotr Gutkowski szybko kupił andergrantową widownię. Już pierwsze dźwięki nastroiły klub dobrą energią. Minusem było słabe nagłośnienie na wokal. Momentami lepiej słychać było piejąco-wrzeszczący tłum niż aksamitny głos Gutka. Ale i tak wszyscy doskonale się bawili. Zespół zrekompensował swoje opóźnienie długim i świetnym koncertem. Zabawne momenty? Gdy wokalista zapomniał słów w jednej z piosenek, a cała sala ruszyła mu z pomocą, za co on serdecznie potem podziękował. Ponadto na krótki przerywnik i rzucone przez Piotra Banacha hasło „Kortowiada” widownia zawyła kilka razy – Kortowiada aija ija oooo! No i się wtedy zdziwili. Ale najciekawszym punktem koncertu była, jak dla mnie, solówka perkusji, do której dołączył się wspomniany już przeze mnie Piotr Banach. Gorący jakby afrykański rytm i energia. Coś niesamowitego i zasłużone gromkie brawa. 

     Zabawa była, mimo tych drobnych niedogodności, świetna, a na pamiątkę zostaną wspomnienia i kilka zdjęć. Na kolejny koncert też się chętnie wybiorę...

koncert 12.03.2011

Andergrant 12.03.2011



piątek, 4 marca 2011

Statystyczny student nie istnieje

            Nie wrzucajmy wszystkich studentów do jednego worka! Każdy jest inny, każdy inaczej organizuje czas. Przekonanie, że młodzież akademicka tylko imprezuje i bumeluje, a zapasy energii uzupełnia jedynie zupkami chińskimi, musi odejść do lamusa. Odrzućmy stereotypy i przyjrzyjmy się jak wygląda typowy dzień studenta. Oto kilka przykładów.

2 rano

Zwykle o tej godzinie student wraca z imprezy, zasypia, albo przewraca na drugi bok. Ale nie Łukasz! Są dni, w których musi być już o tej porze w pracy. - Spędzam tu pięć „przyjemnych” godzin. Najpierw kroję, potem rozwożę chleb, aby inni mieli co jeść. On sam na jedzenie nie ma już jednak czasu. Po pracy zapali papierosa, ogarnie się i spieszy na zajęcia. Często się spóźnia. Zmęczony jestem, to zasypiam na wykładach…i przerwach!
rys. E.E.B.
 
6-7 rano

Typowa godzina pobudki, gdy student ma na ósmą. Monika próbuje wstać już o 6, ale rzadko jej się udaje. By zdążyć na zajęcia robi wszystko w pośpiechu: bierze szybki prysznic i zjada lekkie śniadanie. Najczęściej są to płatki z mlekiem i zielona herbata. Potem biegiem na przystanek. Monika nie lubi się spóźniać.
Płatki/musli  z mlekiem, to popularne śniadanie wśród studentów. Dzień tak lubi zaczynać również Ania, Krzysiek i Gosia. Ania i Krzysiek nie wyobrażają sobie dnia bez porannej kawy. Gosia wybiera czarną herbatę bez cukru, zapala 3 papierosy i walczy z poimprezowym bólem głowy. Półprzytomna wyprowadza psa i najczęściej ucieka jej wtedy autobus. Na zajęcia przychodzi piętnaście minut spóźniona. -Cały pierwszy wykład przesypiam. Na okienku idę coś  zjeść.
Kasia z ostatniego roku dziennikarstwa wstaje w ostatniej chwili, by wyszykować się i zdążyć na autobus. Na śniadanie nie ma już czasu. Głód zaspokaja w przerwie – często rogalikiem z automatu, który popija sokiem lub kawą.
Wydawać by się mogło, że Laura ma więcej szczęścia, bo na uniwersytet dojeżdża swoim samochodem. Nic bardziej mylnego! Często traci dwadzieścia minut na stanie w porannych korkach, więc zjawia się w ostatniej chwili. Żeby nie zasnąć na zajęciach, biorę termos kawy i kilka czekoladowych batoników, coby uzupełniać zapasy energii.

rys. E.E.B.

9-10 rano

            Studentki trzeciego roku filologii polskiej mają więcej szczęścia. Mogą pospać dłużej i nie mają dużo zajęć na uczelni. Justyna: - Zazwyczaj wstaję około godziny 9, gdyż w tym roku plan zajęć na studiach pozwala mi pospać nieco dłużej. Je pożywne śniadanie: najczęściej parę kanapek, które popija herbatą. Kasia również zjada pierwszy posiłek bez pośpiechu. Często są to jajka na twardo i do tego koniecznie słodka herbata. Stara się żyć zdrowo, ale pozwala sobie na tę małą słabość. Jeśli może zjeść obiad w domu, to są to najczęściej warzywa na patelnię z ryżem lub makaronem. Ziemniaków unika jak ognia. Justyna, jak sama mówi, nie wytrzymuje bez czekolady dłużej niż 2 godziny. Jednak wszystko spala na intensywnych treningach tańca. Ćwiczy dwa razy w tygodniu, zdarza się, że i po 5 godzin. -Prowadzenie zajęć tanecznych mobilizuje mnie i dodaje energii.

8-20

Godziny zajęć na uczelni. W czasie przerw studenci okupują automaty, z  których wyciągają paluszki, batoniki, ciastka i inne przekąski. Piją hektolitry kawy, herbaty oraz napojów energetycznych. Gdy mają dłuższe okienka – zjadają obiad na studenckiej stołówce lub zapiekanki w barze. Niektórzy wykorzystują jednak przerwy inaczej. Łukasz dosypia – rozkładając się na ławkach, a Monika szuka w bibliotece książek do pracy magisterskiej. W weekendy bowiem pracuje w restauracji i nie ma na to czasu. Inni często przygotowują się na zajęcia, czytają książki lub rozmawiają o głupotach dla rozluźnienia.  
Po zajęciach zostaje mało czasu na hobby i przyjaciół. Zaległości te niektórzy nadrabiają w weekend. Najczęściej jednak spędzają ten czas sennie i leniwie, przygotowując się na kolejny ciężki tydzień.


środa, 23 lutego 2011

"Eliminacje" bez owijania w bawełnę

            Czy zakład psychiatryczny to dobre miejsce na poszukiwanie miłości? Na własnej skórze chce się o tym przekonać bohater sztuki, który zamierza w nim przeprowadzić niecodzienne eliminacje na partnerkę swojego życia. Austriacka autorka – Silke Hassler – prowokuje wulgaryzmem, zaskakuje, ale też rozśmiesza. Tekst broni się sam, jednak dopełniony świetną grą aktorską, nabiera dodatkowych walorów. „Eliminacje” w reż. Emilii Sadowskiej to pełna słownej pikanterii odważna sztuka dla dorosłych, która zapewnia doskonałą rozrywkę na wieczór.

                                                                                                   "Eliminacje"
Reżyseria: Emilia Sadowska
Występują:  Marzena Bergmann, Katarzyna Kropidłowska, Irena Telesz, Radosław Hebal, Grzegorz Jurkiewicz;




           Tytułowe eliminacje są jedynie pretekstem do opowiedzenia historii o ludzkich tęsknotach, problemach i słabościach. Zaglądamy do świata, do którego na co dzień nie mamy dostępu, a który zawsze będzie nas jakoś fascynował. Szpital psychiatryczny, dom wariatów, wariatkowo, psychiatryk…

Już takie obrazy jak „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Przerwana lekcja muzyki” poruszały widzów. Okazuje się, że w tej materii nadal można coś nowego stworzyć i dopowiedzieć. Szpital psychiatryczny Hassler nie jest tak mroczny, jednak nadal pociągający. Niby podglądamy szaleńców w wariackich sytuacjach, ale po chwili nasuwa się refleksja, że przynajmniej niektóre okoliczności są nam dziwnie znajome. Sztuka skupia się bowiem na relacjach damsko-męskich, głównie na ich erotycznym aspekcie. Tu mężczyzna okazuje się kiepskim zdobywcą, a kobiety otwarcie wykrzykują swoje seksualne potrzeby, niezadowolenie i poczucie niespełnienia. Ponadto każda z osób tam zamkniętych nie tylko poszukuje prawdziwej miłości, ale też czuje się odseparowana i samotna. Wyizolowani w wyizolowanym świecie. Podwójnie smutne.

            Uwagę przykuwa ciekawa scenografia Katarzyny Stochalskiej. Scena, ubrana jakby w białe bandaże, nabiera dzięki nim klaustrofobicznego charakteru. Wrażenie trójwymiarowości powstaje natomiast dzięki umiejętnie rozłożonym podestom. Proste, ale jakie efektowne. Jako że przedstawienie bazowało głównie na słowie, aktorzy musieli liczyć jedynie na swoje sceniczne umiejętności. I choć niemal wszyscy wywiązali się z zadania, przykuwają uwagę i bawią, to przyćmiewa ich jednak Katarzyna Kropidłowska w roli Judyty. Wspaniale zarysowana  postać kobiety pełnej sprzeczności, która walczy ze swoimi lękami. Nie boi się mówić tego, co myśli. A mówi głośno i dosadnie. Mocnym akcentem sztuki jest także postać wykreowana przez Irenę Telesz, która to nawet z drobnej roli potrafi wyczarować godną zapamiętania perełkę. Blado wypada na ich tle natomiast Pielęgniarz (Grzegorz Jurkiewicz).

            Ciężko być samemu. Człowiek szuka partnera nieraz z czysto pragmatycznych względów. Chociażby dlatego, że w kark samemu nie da się… pocałować. O czym właściwie jest ten spektakl? O potrzebie kochania i bycia kochanym. Sama esencja „Eliminacji” wydaje się nieco gorzka, jednak spijamy też niejaką słodycz śmiejąc się z notabene wariackich sytuacji. Zaryzykowałabym tezę, że czasem cały świat jest takim wariatkowem i niemal w pewnym momencie zadzwoniło mi w uszach słynne zdanie z dramatu Gogola: „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie.”


           Spektakl można obejrzeć w Teatrze Jaracza w Olsztynie, w siedzibie tymczasowej - CEIK-u.


piątek, 4 lutego 2011

Brzydka ona, brzydki on i ładna miłość w rytmach rumby



Jeśli myślisz, że życie ciągle rzuca ci kłody pod nogi i spotykają cię same nieprzyjemności, obejrzyj koniecznie „Rumbę” w reżyserii Dominique’a Abla, Fiony Gordon i Bruna Romy’ego. Ona - nauczycielka angielskiego, on - nauczyciel w-fu. Oboje kochają taniec i przede wszystkim siebie. Pewnego dnia los odbiera im niemal wszystko. W wypadku główna bohaterka - Fiona  - traci nogę, a Dom - główny bohater - pamięć, co przekreśla ich szansę na dalsze rozwijanie pasji. Brzmi tragicznie? Wbrew pozorom to niezwykła i zaskakująco specyficzna komedia.

                Fiona i Dom – nie wpisują się w kanony klasycznego piękna. Pasują jednak do klimatu opowieści. Są to bohaterowie charakterystyczni, którzy od samego początku wzbudzają sympatię widza. Wszelkie zdarzenia odbierają ze stoickim spokojem, mimo że los ciągle płata im figle, a nieszczęścia w ich przypadku nie chodzą parami a tuzinami. Dwójka szczęśliwych ze sobą i zakochanych pechowców traci po kolei niemal wszystko: zdrowie, pracę, dom… Feralne wypadki mnożą się i kumulują w zawrotnym tempie, pozostawiając widza w lekkim osłupieniu. Bohaterowie nie załamują się, lecz stawiają czoła przeciwnościom. W tragicznych chwilach mają siebie, a miłość zwycięża wszystko. Ich nieporadne wyczyny, by przetrwać życiową burzę i złą passę, momentami chwytają za gardło. Główne postacie bawią bowiem, ale też wzruszają. Śmiejemy się, ale nie jest to pusty i bezrefleksyjny chichot. Przeplata się w nim wzruszenie, współczucie i nadzieja, że wszystko się ułoży. Scena tańca cieni urzeka swoją prostotą.
               



               Perypetie Doma i Fiony okraszone są typowymi slapstickowymi gagami, a znaczna część filmu dzieje się bez słów. Nasuwa to skojarzenie z klasycznymi obrazami Charliego Chaplina, w których główny fajtłapowaty bohater również boryka się z najróżniejszymi przeciwnościami i kłopotami, ale wychodzi z nich zawsze zwycięsko. Ważną rolę odgrywa ujmująca muzyka, która staje się współbohaterem opowieści.
     
           Rumba to taniec zmysłów i miłości. Taki właśnie jest ten film. Feeria barw, zabawa kiczem, pop-artem, duża dawka humoru przyprawiona uczuciem głównych bohaterów i ciekawą muzyką, to niewątpliwe jego atuty. Ta historia poprawia humor, ale też wywołuje refleksje, jak dużą rolę w naszej egzystencji odgrywa pech i szczęście. Rządzi nami seria przypadków czy przeznaczenie? Jak dużo jest w stanie znieść człowiek? To tylko niektóre z pytań jakie mogą nasunąć się po jego obejrzeniu. Jednak przede wszystkim „Rumba” udowadnia, że o trudnych sprawach można zrobić film lekki, łatwy i przyjemny. Trochę tego brakuje w polskiej kinematografii.

                Co ciekawe, obraz ten wyreżyserowały, napisały do niego scenariusz i odegrały w nim główne role, te same osoby. Są wyjątkiem od „reguły”, że jak coś (ktoś) jest od wszystkiego, znaczy do niczego. Według mnie sprawdzili się we wszystkich zadaniach. Scenariusz jest przewrotny i naprawdę zabawny, a główni bohaterowie rozczulają i bawią. Wykreowanym postaciom widz od początku do końca kibicuje. Można „Rumbie” zarzucać surrealistyczne naciąganie, przewidywalność niektórych gagów i absurd. Dla mnie były to jednak plusy. Film obejrzałam z ogromną przyjemnością. Moim zdaniem jest to piękne, wzruszające i przede wszystkim zabawne kino.

                Film „Rumba” zainicjował projekt „Tu się Movie” w kinie Awangarda w Olsztynie. Ma to być cykliczny, comiesięczny pokaz filmów niszowych, zakończony dyskusją. Pomysł okazał się spektakularnym sukcesem. Pełna, żywo reagująca, zadowolona widownia – tego kino Awangarda już dawno nie przeżyło. Myślę, że projekt może się przyjąć i wypełnić potrzebną na rynku lukę. Za tę inicjatywę trzymam mocno kciuki.
               

wtorek, 1 lutego 2011

Zajeść studia

            Sesjo, sesjo, ach to ty! Nie tylko trudny czas egzaminów, ale w ogóle cały okres studiów jest sprawdzianem dla naszego organizmu – głównie żołądka (choć wątroba mogłaby zaprotestować). Albo student się przejada, albo nie dojada. Wbrew pozorom, to pierwsza opcja zdaje się jednak dominować.

            Brzuch studenta narażony jest na ciężkie i ciągłe „urazy”. Smakołyki kuszą, automaty z napojami energetyzującymi, przekąskami i kawą, uśmiechają się wdzięcznie i zachęcająco, papierosy są kopcone, bary na uczelni, w których najwięcej jest fast foodów, stoją otworem, a liczne imprezy wychodzą bokiem. I to dosłownie. Na domiar wszystkiego mało jest prawdopodobne, by stosować się do zdrowych zasad odżywiania – pięciu posiłków dziennie w regularnych odstępach czasu. Plan zajęć często to po prostu wyklucza. Stereotypowy student chodzi głodny, a wszystkie pieniądze przeznacza na alkohol. To mocno przesadzona wizja. Jeśli już głoduje, to najczęściej z własnej woli, bo jest na diecie lub ze stresu. Bo żołądek ściska i jeść nie może.

Agnieszka (studentka medycyny)O tak, na pierwszym roku studiów bardzo przytyłam. 7 kilo! Miałam dużo zajęć – często do późnych godzin wieczornych. Niektóre fakultety trwały kilka godzin bez przerwy – nie było czasu na posiłek. Nadrabiałam wieczorami. Szczególnie w czasie sesji jadłam na noc. Stres zajadałam słodyczami, to był problem. To się odbiło na mojej wadze i bardzo źle się z tym czułam. W wakacje wzięłam się za siebie i zrzuciłam nadprogramowe kilogramy. Teraz bardziej uważam na to, co i kiedy jem.

Łukasz (student dziennikarstwa) – Może przytyłem, ale chyba nie przez studencki tryb życia. To domowe obiadki mnie podtuczyły. Chociaż na imprezy też chodzę…

Maria (filologia ukraińska)W ciągu pięciu lat studiów tyję i chudnę na zmianę. Sinusoida. Pięć kilo w przód, pięć w tył i tak w kółko. To ciężkie wyzwanie dla zdrowia. Ale nie ma egzaminu nie do zdania…

Olga (filologia ukraińska) – Po tatusiu odziedziczyłam tendencję do tycia, więc nawet studencki tryb życia nie doprowadził mnie do szczupłej sylwetki. A szkoda! W stresie częściej sięgam po łakocie.

Marek (student mechatroniki) – Ja mieszkam w domu i mam zapewnione „mamine obiadki”. Raczej nie tyję. Nie muszę też wybierać między porządnym obiadem a imprezą alkoholową. Mam jedno i drugie!

Laura (studentka dziennikarstwa)Uważam, że można właśnie schudnąć na studiach. Jest tyle zajęć, że je się mniej. 

          Jak widać, co student, to opinia. Są też przecież tacy, którym nic nie szkodzi. Jedzą, piją, co chcą i kiedy chcą, i zachowują  nienaganną sylwetkę. Nie muszą się martwić o takie błahostki. Jednak jeśli już się komuś zdarzy te parę kilo w przód i będzie chciał się ich pozbyć, nie polecam "diety" jaką zastosowały chińskie studentki. Wydaje się to tak odrażające i absurdalne, że prawie niemożliwe. A jednak! Połykają one bowiem jaja glist ludzkich, aby szybko schudnąć przed rozmową kwalifikacyjną. Wszystko po to, by dostać pracę... Przerażające. Chyba mimo wszystko lepiej jest solidnie poćwiczyć.

czwartek, 27 stycznia 2011

Obłędna droga do perfekcji – "Czarny łabędź"


            Darren Aronofsky znów zagłębia się w meandry ludzkiej psychiki. Mimo że najnowszy film reżysera głęboko związany jest z tańcem, to filmem stricte o tańcu jednak nie jest. Autor takich obrazów jak Źródło, Requiem dla snu czy Zapaśnik, przenosi tym razem widza w mroczny świat nowojorskiego baletu. Czarny łabędź nie jest cukierkową historyjką o tym, jak zrobić karierę. Zapisana jest tu raczej droga przez mękę głównej bohaterki, która faktycznie przeistacza się w łabędzia. Aronofsky przemianę tę potraktował jednak, jak na siebie przystało, dość przewrotnie.

            Główna bohaterka – Nina Sayers (w tej roli wyśmienita Natalie Portman) marzy o tym, by kiedyś zostać solistką w balecie. Ćwiczy, trenuje, każdą wolną chwilę i myśl poświęcając jedynie tańcu. To jest jej życie, marzenie i cel. Nic ją właściwie poza tańcem nie zajmuje, nic ciekawego nie istnieje. W staraniach tych wspiera ją nieco apodyktyczna i przesadnie opiekuńcza matka (magnetyczna Barbara Hershey), która sama niegdyś śniła o zrobieniu kariery i wybiciu się. Pragnie zatrzymać córkę tylko dla siebie, zazdrośnie strzeże ją przed innymi – „obcymi”. Omamia zabawkami i otacza szklanym kloszem, gdy tymczasem Nina już dawno stoi u progu dorosłości.

Wkrótce otwiera się szansa przed ambitną tancerką. Reżyser – guru jednego z najlepszych zespołów w Nowym Jorku - pragnie rozpocząć nowy sezon wznawiając klasyczny balet Jezioro Łabędzie. Szuka odtwórczyni głównej roli, która miałaby siłę i wystarczające umiejętności, by sprostać zadaniu. Niezwykle sprawna technicznie Nina usilnie zabiega o angaż. Marzenie, by zatańczyć jako królowa łabędzi, wkrótce staje się jej obsesją. Mimo pewnych wątpliwości Thomas Leroy daje jej w końcu szansę. Wie, że dziewczyna poradzi sobie w roli niewinnego, wzruszającego i pełnego gracji białego łabędzia – Odetty. Jednak jej zadaniem jest także odtańczenie partii czarnego łabędzia – Odylii – zmysłowej, pewnej siebie, tajemniczo mrocznej i emanującej seksapilem siostry. Dziewczyna musi dać się ponieść wyobraźni i wyzwolić z niewinnych i bezpiecznych okowów, oraz odkryć swoją ciemną stronę. Problem w tym, że radę tę zaczyna rozumieć zbyt dosłownie.

Jeśli nawet film nie wydaje się zbyt odkrywczy (złośliwi nazwą go nieraz pseudoartystycznym gniotem), to realizacja tego tematu powala (przynajmniej mnie) na kolana. Siedziałam jak zahipnotyzowana, dzięki wspaniałym kreacjom aktorskim, oszałamiającej muzyce i ciekawym ujęciom kamery. Uważam, że za ten obraz należy się Oscar nie tylko dla reżysera, filmu, ale również odtwórczyni głównej roli – Natalie Portman, która pokazała klasę, wykonując większość ewolucji tanecznych samodzielnie i specjalnie schudła do tej roli. Wspaniale odegrała rozedrganą emocjonalnie tancerkę, która walczy ze swoimi słabościami w pogoni za perfekcją i sukcesem. Ciekawą postać wykreowała również Mila Kunis. Zagrała wyzwoloną, nie przestrzegającą regulaminów tancerkę - Lily. Zaczyna ją łączyć z Niną dziwna, elektryzująca więź i rywalizacja. Pysznie zagrane. Wielkie brawa!
           
Realizm przechodzi w filmie płynnie w surrealizm. Napięcie budowane jest stanowczo i powoli, aż do kulminacyjnego punktu – finału – po którym widz zostaje naładowany emocjami i krążącymi w głowie pytaniami. Niedomówienia? Pozwalają na własne interpretacje – co czyni film jeszcze ciekawszym. Czarnego łabędzia powinni obejrzeć nie tylko fani kina Aronofskiego. Choćby po to, by wyrobić sobie własne zdanie na temat tego psychologicznego thrillera, którego główna aktorka już zdobyła Złoty Glob, i  który pretenduje do najważniejszej nagrody filmowej - Oscara. 

wtorek, 25 stycznia 2011

Taniec wciąga


Bum na taniec trwa. Szkoły tańca nadal pękają w szwach. Zdawać by się mogło, że wszyscy chcą tańczyć. Studenci też!

Grupa tańca nowoczesnego, działająca przy Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim, rozpoczęła nieśmiałą działalność dwa lata temu. Początkowo była to głównie tylko inna forma zaliczenia w-fu. Z czasem udało się stworzyć fajny i zgrany zespół, pod opieką pani Agnieszki Dąbrowskiej. Ma on już na koncie kilka udanych występów. Można go zobaczyć na Kortowiadzie, studenckich rozgrywkach sportowych i dniach otwartych uczelni. Studenci tańczą i to bardzo dobrze. Rozmawiałam z dziewczyną, która oglądała występy zespołu i szczerze go zachwalała:
-  Uważam, że grupa jest bardzo dobrze zgrana. Teraz pojawia się w niej coraz więcej panów i to bardzo dobrze! Świetnie, że taka sekcja powstała, rozwija się i jest prężna…



W prowadzeniu zajęć pomaga pani Agnieszce studentka III roku filologii polskiej – Justyna Karska. Gdy mówi o swoim największym zamiłowaniu promienieje i błyszczą jej oczy. Jest dumna z tego, co robi, że może tworzyć układy i uczyć innych. Spełnia się w tym i jest szczęśliwa. W końcu robi to, co kocha!

Justyna: Dla mnie taniec to nie tylko pasja, to coś więcej. Taniec odrywa mnie od szarej codzienności. Mogę się zmieniać, mogę być kimkolwiek chcę. Za pomocą tańca można wyrazić wiele emocji: od gniewu po radość, smutek, miłość… Taniec daje dużą siłę napędową. Pasja to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu, bez niej człowiek się nie rozwija. Justyna ma już na swoim koncie liczne taneczne sukcesy – i mimo iż dają satysfakcję, jednak nie są dla niej najważniejsze. Liczy się dla niej przede wszystkim możliwość dalszej pracy nad sobą.

Wtórują jej też inni członkowie grupy:

Marek– II rok geodezji - Taniec pozwala wyrażać emocje! Często jeżdżę na warsztaty, inwestuję w siebie i taniec – wiem, że chcę to robić. To mnie najbardziej urzekło, że ludzie kochają taniec. Lubię też tę adrenalinę, kiedy jestem na scenie, a publiczność reaguje na nas entuzjastycznie.

                                                                                         Marek Szczepanik

TomekII rok mechatroniki. To prawdziwy taneczny „weteran”. Swoją pasję rozwija już od 13 lat. Do największych osiągnięć zalicza mistrzostwo i wicemistrzostwo w disco dance. Teraz w grupie uczy się nowego stylu – hip-hopu. Ludzie są w porządku, dobrze mi się z nimi pracuje. 

                                                                                          Tomek Pieńczuk


Ola: Tańczę, bo to moja pasja, dzięki temu wyrażam siebie i się spełniam w tym, co robię. Jest bardzo fajnie, ludzie są bardzo przyjaźni, pomocni. Na występach trema jest, ale zawsze jak się wychodzi na scenę jest taki fajny moment, że trema mija, uśmiech na twarzy i się tańczy…

Do grupy przychodzą też osoby, które chciały tylko zaliczyć w-f, a jednak zostają na dłużej. Twierdzą, że to fajna rozrywka na wieczory, że się w zajęcia wciągnęły i chcą je kontynuować.
- Póki co jestem jak połamane drewno, ale może się jeszcze czegoś nauczę. Śmieje się jeden z członków grupy. – To Justyna przekonała mnie do tańca, a ja po prostu chciałem spróbować! Ale do tańca na pewno potrzeba jest ikra i talent.  

Chcą też sprawdzić się na scenie, udowodnić sobie i znajomym, że coś potrafią. Poza tym wszyscy zachwalają grupę. Wspólne zainteresowania przecież łączą, a nie dzielą.

Opiekunka grupy mgr Agnieszka Dąbrowska jest dumna ze swoich podopiecznych. Czuwa nad ostatecznym kształtem choreografii i występów. Ma nadzieję, że zespół przetrwa i będzie się nadal rozwijał. Z czasem może stać się przecież jedną z wizytówek uniwersytetu.

- Stworzone są już teraz dwie grupy: jedna zaawansowana, druga podstawowa – dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tańcem. Na występach tremę mam ogromną, może nawet większą niż uczestnicy. Wierzę w ich wspaniałe przygotowanie, jednak jestem też odpowiedzialna za muzykę, a wiadomo, że przedmioty martwe bywają złośliwe. Taniec jest to może takie moje marzenie z wieku młodszego. Jest to dyscyplina bardzo szeroka, można zacząć trenować w każdym wieku i tańczyć przez całe życie.


Najważniejsze, by odnaleźć swoja pasję i próbować ja rozwijać. Studenci z grupy tańca nowoczesnego udowadniają, że można. Zajęcia odbywają się w poniedziałki i środy od godziny 19 przy ulicy Żołnierskiej 14.