Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 października 2013

Spłonął czy popłynął?

 "Płynące wieżowce" Tomasza Wasilewskiego poruszają temat modny i głośny. Choć reżyser odżegnuje się od tego, iż jest to film "gejowski", to nie da się ukryć, że to właśnie miłość homoseksualna jest motorem napędowym opowieści. Pod tą powierzchowną warstwą kryje się jednak historia o dojrzewaniu, poszukiwaniu siebie i próba odpowiedzi na pytanie, czy polskie społeczeństwo dorosło już do tolerancji.

  Film obejrzałam podczas 38. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, dzięki czemu mogłam też uczestniczyć w dyskusji z twórcami. Może zacznę od samego dzieła: uważam obraz za interesujący. Na pewno wywołuje dyskusję, zachęca do refleksji, ale... nie wbił mnie w fotel. Oczekiwałam od "Płynących wieżowców" czegoś więcej. Tym bardziej, że do Gdyni przyjechał  z nagrodami. W Karlowych Warach dostał nagrodę główną w konkursie „East of the West”, a na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu – nagrodę publiczności. Zabrakło mi w nim jednak tego, co kocham w kinie najbardziej, czyli pewnej autentyczności.

 Cała opowieść kręci się wokół trójki głównych bohaterów On, Ona i ten Trzeci. Wydawać by się mogło: typowy trójkąt. To już jednak mało kogo zainteresuje. On uwodzi więc nie ją, a jego. Choć może trudno powiedzieć, że uwodzi. Fascynacja jest obopólna. Kuba (Mateusz Banasiak) jest sportowcem z ambicjami. Młody, zdolny, ma szansę na dużą karierę. Z dziewczyną - Sylwią - (Marta Nieradkiewicz), z którą mieszka u matki, też układa mu się nie najgorzej, do czasu, aż na pewnej imprezie poznaje Michała (Bartosz Gelner). Tu też zaczyna się cała historia pełna niedopowiedzeń, a właściwie milczenia. Przeszkadzało mi to trochę w odbiorze filmu. Rozumiem zamysł reżysera, jego pomysł na długie sceny, między którymi wytwarza się pewien rodzaj napięcia i wyczekiwania widza. Z tymże ten motyw powtarzany jest przez cały film. Bohaterowie burczą coś do siebie, czasem bez większego sensu, przez co trudno mi uwierzyć w to, że chłopaków połączyło coś głębokiego, coś prawdziwego właśnie. Gdzieś przeczytałam komentarz osoby, która podpisała się jako "zdeklarowany gej" o tym, że filmu jeszcze nie oglądał, ale ma nadzieję, że nie będzie oparty na schemacie chłopaka, który "znienacka dowiaduje się, że jest innej, niż przypuszczał orientacji seksualnej". Tylko się uśmiechnęłam. Mi też wydało się to dziwne, że dorosły mężczyzna, który prowadził przecież życie z kobietą z dnia na dzień uświadamia sobie, że to był błąd. Widza o tej pomyłce ma utwierdzić iskra, która połączyła chłopaków. Choć jest jedna scena w "Płynących wieżowcach", która sugeruje, że poszukiwanie seksualnej tożsamości przez Kubę, zaczęło się jeszcze przed Michałem.

Namiętne i odważne sceny erotyczne - mają prawdopodobnie świadczyć o sile uczucia, chemii,  czy też raczej pożądania, która pochłonęła głównych bohaterów, przed którą jakoby nie dało się już obronić... Ale czy w tej relacji było coś więcej, mimo padających, lakonicznych słów "kocham"?

 Nie przeczę, że Mateusz Banasiak całkiem sprawnie przedstawił dramat miotającej się jednostki, która sama do końca nie wie kim jest. Nieco osaczony przez nadopiekuńczą matkę, być może po raz pierwszy podjął odważną decyzję o tym, by próbować postawić na swoim. W pewnym sensie sam też sobie wymierza karę, rezygnując z rzeczy, które dotychczas były dla niego najważniejsze. Jego relacja z dziewczyną - Sylwią - to zagadka. Z jednej strony łączy ich więź, chłopak, już spotykając się z Michałem, nie rezygnuje też z kontaktów fizycznych z partnerką. Ona stara się o niego walczyć, podejrzewając, że dzieje się coś niepokojącego. Oglądałam i nie wierzyłam, jak kobieta może godzić się na takie traktowanie? Dlaczego nie zamieniła z nim żadnego sensownego zdania? Wydało mi się to nieprawdopodobne. Twórcy filmu próbowali racjonalizować, że życie pisze najciekawsze scenariusze i spotkali się z podobnymi historiami. Dla mnie to było jednak zbyt nierzeczywiste, albo w dziwny sposób przedstawione, bym mogła dać temu wiarę.

Ciekawie za to przedstawione były relacje rodzinne w domach dwójki bohaterów. Kuba, który żył tylko z matką (Katarzyna Hermann), był jej oczkiem w głowie, pełnił w domu role zarówno syna jak i mężczyzny, który wysłucha, przytuli, pogłaszcze, a w razie konieczności i plecy umyje podczas kąpieli. Nietypowy związek matki i dziecka nie przekraczał jednak granicy dobrego smaku. Michał natomiast musiał mierzyć się z reakcją najbliższych na swój "coming out". Matka (Iza Kuna), która udawała nowoczesną, w ostateczności okazała się być bardziej wierna konwenansom niż, przedstawiany jako surowy, ojciec (Mirosław Zbrojewicz). Dowodem na to może być m.in. rewelacyjna i zabawna scena przy rodzinnym stole.

Zawiodłam się jednak końcówką filmu. Jak to powiedział ktoś siedzący na widowni. "Nie zaskoczyła, wszystko skończyło się dla bohaterów jak w 99% dzieł, poruszających ten wątek".

Podsumowując jest to film dobrze zagrany, ciekawy zdjęciowo, choć nie do końca wykorzystujący swój potencjał tematyczny. Moim zdaniem przeciera pewne polskie szlaki w kinematografii i otwiera drogę dalszych poszukiwań, być może dla innych twórców. Przede wszystkim jednak otwiera pole do dyskusji o tolerancji nie tylko dla homoseksualizmu, ale każdej inności. Bo choć Polacy lubią mówić o sobie jako o ludziach pełnych akceptacji i empatii, to choćby komentarze na forach pod recenzjami o "Płynących wieżowcach", świadczyć mogą o czymś zupełnie odmiennym...





wtorek, 1 listopada 2011

Szkoda czasu na cofanie czasu



        Paryż niemal wszystkim kojarzy się z miejscem nie tylko niezwykle romantycznym, ale też magicznym. Woody Allen potraktował to dosłownie i stworzył obraz, w którym bohaterowie mają szansę spełniać swoje największe marzenia i zasmakować prawdziwej miłości. Wynikła z tego barwna i lekka opowieść, idealna na chłodny, jesienny wieczór.

Gil Pender – w tej roli zaskakująco dobry Owen Wilson – i jego narzeczona Inez przyjeżdżają do okrzykniętego stolicą miłości  - Paryża, by spędzić tam razem trochę czasu. Przy okazji mogą też planować rychły ślub. W sprawy organizacyjne bardziej zaangażowana jest kobieta. Mężczyzna – uznany amerykański scenarzysta – odkrywa natomiast w stolicy Francji swoje prawdziwe powołanie i wenę, pragnie poświęcić czas na pisanie swojej pierwszej powieści. Zwraca się ku ambicjom. Może byłoby to zastanawiające, ale widz bardzo szybko orientuje się, że ta dwójka jest wyjątkowo źle dobrana…

Gil i Inez

Gil to typowy romantyk, dla którego ideałem byłoby zamieszkanie w Paryżu lat 20. Inez - kobieta piękna, zmysłowa, rozrywkowa, skupiona na materialnych aspektach życia. Na próżno byłoby szukać w jej próżnej osobie choćby cienia romantyzmu... Swój ideał odnalazła za to w dawnym przyjacielu Paulu, który imponuje jej swoją wiedzą, erudycją i pewnością siebie - cechami, których trudno by szukać u nieco wycofanego Gila. Jednakże i Pender nie pozostaje bez winy. Równie szybko ulega fascynacji do nowo poznanej kobiety. Mimo że, Woody Allen wątek związku głównych bohaterów potraktował nieco marginalnie, to jednak z właściwą sobie ironią i dozą humoru potrafił wpleść najprostsze spostrzeżenia. Możliwe, że skłonił niektóre pary do dokładniejszego przyjrzenia się swoim relacjom.



Oglądamy Paryż z perspektywy amerykańskiego turysty. Piękne zdjęcia miasta – przykuwają uwagę niczym widokówki.  W tak ukazanym mieście miłości z pewnością można się zakochać. Zakochał się w nim też główny bohater. To uczucie okazało się odwzajemnione... Miasto nie tylko odsłoniło przed nim swoje najpiękniejsze zakątki, ale również pozwoliło mu zagłębić się w jego historię. Dosłownie. Oszołomiony Gil miał szansę zobaczyć jak to było "kiedyś", czyli w ubóstwianych przez niego latach dwudziestych. Poznając kolejne wybitne postaci paryskiej bohemy m.in. Salvadora Dalego, Hemingwaya, Gertrudę Stein,  Fitzgeralda, czy przede wszystkim kochankę artystów - Adrianę (Marion Cotillard), zaczyna w końcu dojrzewać i dostrzegać, co mu przez (nie tylko wewnętrzne) ucieczki umyka i przecieka przez palce.


Gil i Adriana

"O północy w Paryżu" to film, który nie tylko warto obejrzeć na "deser", ale też chwilę się nad nim zadumać. Należałoby zagłębić się w jego dialogi, niuanse i smaczki, po to, by wyłuskać z niego więcej niż ładne obrazki i ciekawy pomysł na scenariusz. Nawet, jeśli nie zdobędzie Oskara.







środa, 25 maja 2011

Cierpienie rodzi się z nudy



Jeśli nawet Jan Komasa nie stworzył filmu wybitnego, to na pewno udało mu się zrealizować obraz istotny i w pewnym sensie przełomowy dla polskiej kinematografii. Nie chodzi tu tylko o poruszenie tematu destrukcyjnego wpływu Internetu, wyobcowanej emo-młodzieży i wykorzystanie ciekawej techniki animacji. Młodej daty reżyser celuje kamerą we współczesność, wykazując rozwinięty zmysł obserwacji i sprawne poruszanie się w konwencjach pop-kultury. „Salą samobójców” udowadnia, że ciekawe rzeczy dzieją się tu i teraz i można je w sposób niebanalny przedstawić.

Dominik – główny bohater opowieści (znakomity Jakub Gierszał) – to chłopak z "dobrego domu". Pozornie ma wszystko, czego potrzeba do szczęścia: uczy się w klasie maturalnej w elitarnym, prywatnym liceum, cieszy się popularnością wśród rówieśników, a bogaci, wpływowi rodzice spełniają wszystkie jego zachcianki. Ponadto jest to chłopak inteligentny i niezwykle wrażliwy. Wkrótce okazuje się nawet, że nadwrażliwy. Można się zastanawiać, czy jego problemy rozpoczęły się podczas studniówkowego balu, czy miały swój zalążek znacznie wcześniej. Młodzież w filmie Komasy przedstawiona jest bez upiększeń i słodzenia. Jak się bawią, to na całego. Alkohol, papierosy, eksperymenty seksualne... Nastolatki nie mają się przeciw czemu buntować, nudzą się, szukają więc innej adrenaliny, rozrywki i wrażeń. Każdy walczy o popularność, uznanie rówieśników i pozycję w grupie.

Czyżby jednak homoseksualny pocałunek mógł odcisnąć aż takie piętno na młodym człowieku? Scena całujących się chłopaków jest dobitna, naturalistyczna i dla tego filmu przełomowa. Byłam pod ogromnym wrażeniem, z jaką werwą została odegrana. A musiało być bardzo trudno. Tym bardziej, że każdy zdaje sobie sprawę, jak nietolerancyjne i nieprzygotowane na podobne obrazki jest polskie społeczeństwo. Od tej chwili Dominik zastanawia się nad swoją seksualną tożsamością. Coś, co było chwilą dobrej zabawy, zaczyna rzutować na jego relacjach z innymi. Wkrótce okazuje się też, że „każdy kij ma dwa końce”. To, co zapewniło mu chwilę popularności, mogło wydawać się „trendy”, momentalnie może być zwrócone przeciwko niemu. Młodzi ludzie są okrutni. Nie bawią się w ceregiele, a wszelkie intymne szczegóły ze swojego i cudzego życia, rozpowszechniają za pośrednictwem Internetu i Facebooka, nadając temu odpowiednio złośliwy i sarkastyczny komentarz. Chłopak bardzo szybko otrzymuje etykietkę geja, może nawet zboczeńca. Zabrakło w tym momencie kogoś, kto by dostrzegł, jak bardzo chłopak ze sobą i emocjami sobie nie radzi, jak potrzebuje wsparcia, rozmowy, zrozumienia. Rodzice? W domu tylko bywają. Ojciec (Krzysztof Pieczyński), pracuje w ministerstwie, a matka (pysznie zagrana rola przez Agatę Kuleszę) więcej czasu spędza w agencji reklamowej, niż przy dziecku. Brak akceptacji rówieśników i zainteresowania kogokolwiek, destrukcyjnie wpływa na psychikę Dominika. Chłopak zaczyna się w tym wszystkim gubić i wycofuje coraz bardziej ze świata realnego w wirtualny. Tam poznaje ludzi, którzy również uciekają od swoich problemów i skrywają przed prawdziwym życiem. Każdy z nich przeżywa w ukryciu swoje osobiste tragedie. Wszyscy pragną uciec od problemów, zapomnieć, zatopić się w marzeniach. Największe wrażenie wywiera na nim tajemnicza dziewczyna, która powoli wciąga go w świat swoich obsesji i majaków. Zaprasza do narkotycznego miejsca – Sali samobójców – które ma być lekarstwem na zło, nienawiść i staje się odskocznią od nieprzystępnej realności. Dominik coraz głębiej zatapia się w tę iluzję, aż w końcu zamyka się na całą rzeczywistość. I to dosłownie.

Film nie jest łatwy, mimo że od strony wizualnej ogląda się go przyjemnie. Każda kolejna minuta wnosi coraz cięższy ładunek emocjonalny. Poza tym ta historia zwraca uwagę na kilka istotnych problemów. Najbardziej poruszające wydaje mi się zobrazowanie relacji rodzic-dziecko. Być może jest to w tym filmie przejaskrawione i  ukazane zbyt sztampowo i schematycznie. Jednak reżyser zrobił to, moim zdaniem, celowo. Po wyjściu z kina każdy rodzic może się zastanowić, czy naprawdę zna swoje dziecko, czy poświęca mu wystarczająco dużo uwagi, czy umie dostrzec niepokojące symptomy, że dzieje się w jego życiu coś niedobrego. Rodzice Dominika pochłonięci karierą i pustymi miłostkami nie zdają tego egzaminu. Nie wystarczy zasypać dziecko przeróżnymi gadżetami, by czuło się akceptowane, kochane i szczęśliwe. Wychowanie to ciężka praca i odpowiedzialność. I przede wszystkim wymaga czasu. W relacji rodziców z głównym bohaterem brakuje prawdziwej więzi i bliskości. Być może się nawet starają, ale gdzieś w pogoni za pieniądzem zapomnieli, co tak naprawdę w życiu się liczy. Ich bezradność, a rzekłabym nawet, że głupotę, doskonale obrazuje scena z psychologami. Wręcz nieprawdopodobna. Nie do końca jednak uwierzyłam w to, że dorośli, poważni ludzie, nie mają możliwości, by wyciągnąć zamkniętego kilka miesięcy syna ze swojego pokoju. Coś mi w tym wszystkim nie grało. Jednak Komasa zwraca tym samym uwagę na fakt, że problemy nie odnoszą się tylko do rodzin patologicznych. Mogą dotknąć każdego. I niekoniecznie będzie jasne, jak je przezwyciężyć.

Wykorzystanie awatarów i animacji w polskim filmie było pomysłem dość nowatorskim. Jednak to nie kolorowy, wirtualny, stylizowany na gry i japońskie kreskówki świat zrobił na mnie największe wrażenie. Atutem filmu okazała się gra aktorska okraszona odpowiednio dobraną w idealnych momentach muzyką. Podejrzewam, że o Jakubie – odtwórcy roli Dominika – jeszcze nie raz usłyszymy. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie Agata Kulesza – z telewizji znana z roli komediowej – tu zabłysnęła jako mocna, momentami nieco wyuzdana baba, a także cierpiąca i bezradna matka. Bardzo dobrze zagrana, mocna rola. Aktorce należą się za nią duże brawa. Najsłabiej spisała się, według mnie, Roma Gąsiorowska, która nie do końca przekonała mnie jako niebezpieczna, demoniczna kobieta, mająca olbrzymi wpływ na innych ludzi. Za to jedną ze scen nadrobiła te braki. Mocnym punktem była też scena w wirtualnym świecie Sali samobójców, w której jeden z bohaterów-awatarów ujawnia hipokryzję i miałkość zebranych tam osób…

Jako że przewidziałam zakończenie, byłam nieco rozczarowana. Miałam nadzieję, że reżyser mnie zaskoczy, porwie. Co prawda jeszcze po napisach końcowych cała sala siedziała chwilę w milczeniu i skupieniu. To robiło wrażenie. Film naprawdę gra na emocjach. Porusza i nie można pozostać wobec niego obojętnym. Można mu zarzucać, że ciężko normalnemu człowiekowi utożsamiać się z problemami bogatego, aroganckiego i rozpieszczonego nastolatka, którego nuda zmusza do szukania  niecodziennych wrażeń. Jednak gdy się głębiej nad tym zastanowić, to wokół nas jest wielu wyobcowanych ludzi, którzy nie radzą sobie z rzeczywistością i uciekają w swój wewnętrzny świat. Internet stał się dla niektórych z nich miejscem, w którym mogą się schronić, ukoić skołatane nerwy, stać się kimś innym, kimś lepszym. To może uzależniać.

Film powinni obejrzeć rodzice, dla których świat nastolatków często jest odległy i obcy, oraz młodzież, która być może dzięki temu obrazowi zrozumie, że każdy czyn może mieć poważne konsekwencje, mimo że z początku wydaje się tylko niewinną i beztroską zabawą. Z niecierpliwością czekam też na kolejny film Jana Komasy. Myślę, że będzie to ważne nazwisko dla naszej kinematografii.



piątek, 4 lutego 2011

Brzydka ona, brzydki on i ładna miłość w rytmach rumby



Jeśli myślisz, że życie ciągle rzuca ci kłody pod nogi i spotykają cię same nieprzyjemności, obejrzyj koniecznie „Rumbę” w reżyserii Dominique’a Abla, Fiony Gordon i Bruna Romy’ego. Ona - nauczycielka angielskiego, on - nauczyciel w-fu. Oboje kochają taniec i przede wszystkim siebie. Pewnego dnia los odbiera im niemal wszystko. W wypadku główna bohaterka - Fiona  - traci nogę, a Dom - główny bohater - pamięć, co przekreśla ich szansę na dalsze rozwijanie pasji. Brzmi tragicznie? Wbrew pozorom to niezwykła i zaskakująco specyficzna komedia.

                Fiona i Dom – nie wpisują się w kanony klasycznego piękna. Pasują jednak do klimatu opowieści. Są to bohaterowie charakterystyczni, którzy od samego początku wzbudzają sympatię widza. Wszelkie zdarzenia odbierają ze stoickim spokojem, mimo że los ciągle płata im figle, a nieszczęścia w ich przypadku nie chodzą parami a tuzinami. Dwójka szczęśliwych ze sobą i zakochanych pechowców traci po kolei niemal wszystko: zdrowie, pracę, dom… Feralne wypadki mnożą się i kumulują w zawrotnym tempie, pozostawiając widza w lekkim osłupieniu. Bohaterowie nie załamują się, lecz stawiają czoła przeciwnościom. W tragicznych chwilach mają siebie, a miłość zwycięża wszystko. Ich nieporadne wyczyny, by przetrwać życiową burzę i złą passę, momentami chwytają za gardło. Główne postacie bawią bowiem, ale też wzruszają. Śmiejemy się, ale nie jest to pusty i bezrefleksyjny chichot. Przeplata się w nim wzruszenie, współczucie i nadzieja, że wszystko się ułoży. Scena tańca cieni urzeka swoją prostotą.
               



               Perypetie Doma i Fiony okraszone są typowymi slapstickowymi gagami, a znaczna część filmu dzieje się bez słów. Nasuwa to skojarzenie z klasycznymi obrazami Charliego Chaplina, w których główny fajtłapowaty bohater również boryka się z najróżniejszymi przeciwnościami i kłopotami, ale wychodzi z nich zawsze zwycięsko. Ważną rolę odgrywa ujmująca muzyka, która staje się współbohaterem opowieści.
     
           Rumba to taniec zmysłów i miłości. Taki właśnie jest ten film. Feeria barw, zabawa kiczem, pop-artem, duża dawka humoru przyprawiona uczuciem głównych bohaterów i ciekawą muzyką, to niewątpliwe jego atuty. Ta historia poprawia humor, ale też wywołuje refleksje, jak dużą rolę w naszej egzystencji odgrywa pech i szczęście. Rządzi nami seria przypadków czy przeznaczenie? Jak dużo jest w stanie znieść człowiek? To tylko niektóre z pytań jakie mogą nasunąć się po jego obejrzeniu. Jednak przede wszystkim „Rumba” udowadnia, że o trudnych sprawach można zrobić film lekki, łatwy i przyjemny. Trochę tego brakuje w polskiej kinematografii.

                Co ciekawe, obraz ten wyreżyserowały, napisały do niego scenariusz i odegrały w nim główne role, te same osoby. Są wyjątkiem od „reguły”, że jak coś (ktoś) jest od wszystkiego, znaczy do niczego. Według mnie sprawdzili się we wszystkich zadaniach. Scenariusz jest przewrotny i naprawdę zabawny, a główni bohaterowie rozczulają i bawią. Wykreowanym postaciom widz od początku do końca kibicuje. Można „Rumbie” zarzucać surrealistyczne naciąganie, przewidywalność niektórych gagów i absurd. Dla mnie były to jednak plusy. Film obejrzałam z ogromną przyjemnością. Moim zdaniem jest to piękne, wzruszające i przede wszystkim zabawne kino.

                Film „Rumba” zainicjował projekt „Tu się Movie” w kinie Awangarda w Olsztynie. Ma to być cykliczny, comiesięczny pokaz filmów niszowych, zakończony dyskusją. Pomysł okazał się spektakularnym sukcesem. Pełna, żywo reagująca, zadowolona widownia – tego kino Awangarda już dawno nie przeżyło. Myślę, że projekt może się przyjąć i wypełnić potrzebną na rynku lukę. Za tę inicjatywę trzymam mocno kciuki.
               

czwartek, 27 stycznia 2011

Obłędna droga do perfekcji – "Czarny łabędź"


            Darren Aronofsky znów zagłębia się w meandry ludzkiej psychiki. Mimo że najnowszy film reżysera głęboko związany jest z tańcem, to filmem stricte o tańcu jednak nie jest. Autor takich obrazów jak Źródło, Requiem dla snu czy Zapaśnik, przenosi tym razem widza w mroczny świat nowojorskiego baletu. Czarny łabędź nie jest cukierkową historyjką o tym, jak zrobić karierę. Zapisana jest tu raczej droga przez mękę głównej bohaterki, która faktycznie przeistacza się w łabędzia. Aronofsky przemianę tę potraktował jednak, jak na siebie przystało, dość przewrotnie.

            Główna bohaterka – Nina Sayers (w tej roli wyśmienita Natalie Portman) marzy o tym, by kiedyś zostać solistką w balecie. Ćwiczy, trenuje, każdą wolną chwilę i myśl poświęcając jedynie tańcu. To jest jej życie, marzenie i cel. Nic ją właściwie poza tańcem nie zajmuje, nic ciekawego nie istnieje. W staraniach tych wspiera ją nieco apodyktyczna i przesadnie opiekuńcza matka (magnetyczna Barbara Hershey), która sama niegdyś śniła o zrobieniu kariery i wybiciu się. Pragnie zatrzymać córkę tylko dla siebie, zazdrośnie strzeże ją przed innymi – „obcymi”. Omamia zabawkami i otacza szklanym kloszem, gdy tymczasem Nina już dawno stoi u progu dorosłości.

Wkrótce otwiera się szansa przed ambitną tancerką. Reżyser – guru jednego z najlepszych zespołów w Nowym Jorku - pragnie rozpocząć nowy sezon wznawiając klasyczny balet Jezioro Łabędzie. Szuka odtwórczyni głównej roli, która miałaby siłę i wystarczające umiejętności, by sprostać zadaniu. Niezwykle sprawna technicznie Nina usilnie zabiega o angaż. Marzenie, by zatańczyć jako królowa łabędzi, wkrótce staje się jej obsesją. Mimo pewnych wątpliwości Thomas Leroy daje jej w końcu szansę. Wie, że dziewczyna poradzi sobie w roli niewinnego, wzruszającego i pełnego gracji białego łabędzia – Odetty. Jednak jej zadaniem jest także odtańczenie partii czarnego łabędzia – Odylii – zmysłowej, pewnej siebie, tajemniczo mrocznej i emanującej seksapilem siostry. Dziewczyna musi dać się ponieść wyobraźni i wyzwolić z niewinnych i bezpiecznych okowów, oraz odkryć swoją ciemną stronę. Problem w tym, że radę tę zaczyna rozumieć zbyt dosłownie.

Jeśli nawet film nie wydaje się zbyt odkrywczy (złośliwi nazwą go nieraz pseudoartystycznym gniotem), to realizacja tego tematu powala (przynajmniej mnie) na kolana. Siedziałam jak zahipnotyzowana, dzięki wspaniałym kreacjom aktorskim, oszałamiającej muzyce i ciekawym ujęciom kamery. Uważam, że za ten obraz należy się Oscar nie tylko dla reżysera, filmu, ale również odtwórczyni głównej roli – Natalie Portman, która pokazała klasę, wykonując większość ewolucji tanecznych samodzielnie i specjalnie schudła do tej roli. Wspaniale odegrała rozedrganą emocjonalnie tancerkę, która walczy ze swoimi słabościami w pogoni za perfekcją i sukcesem. Ciekawą postać wykreowała również Mila Kunis. Zagrała wyzwoloną, nie przestrzegającą regulaminów tancerkę - Lily. Zaczyna ją łączyć z Niną dziwna, elektryzująca więź i rywalizacja. Pysznie zagrane. Wielkie brawa!
           
Realizm przechodzi w filmie płynnie w surrealizm. Napięcie budowane jest stanowczo i powoli, aż do kulminacyjnego punktu – finału – po którym widz zostaje naładowany emocjami i krążącymi w głowie pytaniami. Niedomówienia? Pozwalają na własne interpretacje – co czyni film jeszcze ciekawszym. Czarnego łabędzia powinni obejrzeć nie tylko fani kina Aronofskiego. Choćby po to, by wyrobić sobie własne zdanie na temat tego psychologicznego thrillera, którego główna aktorka już zdobyła Złoty Glob, i  który pretenduje do najważniejszej nagrody filmowej - Oscara.