Szukaj na tym blogu

środa, 25 maja 2011

Pokortowiadowo ;)

*** Traktować z przymrużeniem oka ***

Cierpienie rodzi się z nudy



Jeśli nawet Jan Komasa nie stworzył filmu wybitnego, to na pewno udało mu się zrealizować obraz istotny i w pewnym sensie przełomowy dla polskiej kinematografii. Nie chodzi tu tylko o poruszenie tematu destrukcyjnego wpływu Internetu, wyobcowanej emo-młodzieży i wykorzystanie ciekawej techniki animacji. Młodej daty reżyser celuje kamerą we współczesność, wykazując rozwinięty zmysł obserwacji i sprawne poruszanie się w konwencjach pop-kultury. „Salą samobójców” udowadnia, że ciekawe rzeczy dzieją się tu i teraz i można je w sposób niebanalny przedstawić.

Dominik – główny bohater opowieści (znakomity Jakub Gierszał) – to chłopak z "dobrego domu". Pozornie ma wszystko, czego potrzeba do szczęścia: uczy się w klasie maturalnej w elitarnym, prywatnym liceum, cieszy się popularnością wśród rówieśników, a bogaci, wpływowi rodzice spełniają wszystkie jego zachcianki. Ponadto jest to chłopak inteligentny i niezwykle wrażliwy. Wkrótce okazuje się nawet, że nadwrażliwy. Można się zastanawiać, czy jego problemy rozpoczęły się podczas studniówkowego balu, czy miały swój zalążek znacznie wcześniej. Młodzież w filmie Komasy przedstawiona jest bez upiększeń i słodzenia. Jak się bawią, to na całego. Alkohol, papierosy, eksperymenty seksualne... Nastolatki nie mają się przeciw czemu buntować, nudzą się, szukają więc innej adrenaliny, rozrywki i wrażeń. Każdy walczy o popularność, uznanie rówieśników i pozycję w grupie.

Czyżby jednak homoseksualny pocałunek mógł odcisnąć aż takie piętno na młodym człowieku? Scena całujących się chłopaków jest dobitna, naturalistyczna i dla tego filmu przełomowa. Byłam pod ogromnym wrażeniem, z jaką werwą została odegrana. A musiało być bardzo trudno. Tym bardziej, że każdy zdaje sobie sprawę, jak nietolerancyjne i nieprzygotowane na podobne obrazki jest polskie społeczeństwo. Od tej chwili Dominik zastanawia się nad swoją seksualną tożsamością. Coś, co było chwilą dobrej zabawy, zaczyna rzutować na jego relacjach z innymi. Wkrótce okazuje się też, że „każdy kij ma dwa końce”. To, co zapewniło mu chwilę popularności, mogło wydawać się „trendy”, momentalnie może być zwrócone przeciwko niemu. Młodzi ludzie są okrutni. Nie bawią się w ceregiele, a wszelkie intymne szczegóły ze swojego i cudzego życia, rozpowszechniają za pośrednictwem Internetu i Facebooka, nadając temu odpowiednio złośliwy i sarkastyczny komentarz. Chłopak bardzo szybko otrzymuje etykietkę geja, może nawet zboczeńca. Zabrakło w tym momencie kogoś, kto by dostrzegł, jak bardzo chłopak ze sobą i emocjami sobie nie radzi, jak potrzebuje wsparcia, rozmowy, zrozumienia. Rodzice? W domu tylko bywają. Ojciec (Krzysztof Pieczyński), pracuje w ministerstwie, a matka (pysznie zagrana rola przez Agatę Kuleszę) więcej czasu spędza w agencji reklamowej, niż przy dziecku. Brak akceptacji rówieśników i zainteresowania kogokolwiek, destrukcyjnie wpływa na psychikę Dominika. Chłopak zaczyna się w tym wszystkim gubić i wycofuje coraz bardziej ze świata realnego w wirtualny. Tam poznaje ludzi, którzy również uciekają od swoich problemów i skrywają przed prawdziwym życiem. Każdy z nich przeżywa w ukryciu swoje osobiste tragedie. Wszyscy pragną uciec od problemów, zapomnieć, zatopić się w marzeniach. Największe wrażenie wywiera na nim tajemnicza dziewczyna, która powoli wciąga go w świat swoich obsesji i majaków. Zaprasza do narkotycznego miejsca – Sali samobójców – które ma być lekarstwem na zło, nienawiść i staje się odskocznią od nieprzystępnej realności. Dominik coraz głębiej zatapia się w tę iluzję, aż w końcu zamyka się na całą rzeczywistość. I to dosłownie.

Film nie jest łatwy, mimo że od strony wizualnej ogląda się go przyjemnie. Każda kolejna minuta wnosi coraz cięższy ładunek emocjonalny. Poza tym ta historia zwraca uwagę na kilka istotnych problemów. Najbardziej poruszające wydaje mi się zobrazowanie relacji rodzic-dziecko. Być może jest to w tym filmie przejaskrawione i  ukazane zbyt sztampowo i schematycznie. Jednak reżyser zrobił to, moim zdaniem, celowo. Po wyjściu z kina każdy rodzic może się zastanowić, czy naprawdę zna swoje dziecko, czy poświęca mu wystarczająco dużo uwagi, czy umie dostrzec niepokojące symptomy, że dzieje się w jego życiu coś niedobrego. Rodzice Dominika pochłonięci karierą i pustymi miłostkami nie zdają tego egzaminu. Nie wystarczy zasypać dziecko przeróżnymi gadżetami, by czuło się akceptowane, kochane i szczęśliwe. Wychowanie to ciężka praca i odpowiedzialność. I przede wszystkim wymaga czasu. W relacji rodziców z głównym bohaterem brakuje prawdziwej więzi i bliskości. Być może się nawet starają, ale gdzieś w pogoni za pieniądzem zapomnieli, co tak naprawdę w życiu się liczy. Ich bezradność, a rzekłabym nawet, że głupotę, doskonale obrazuje scena z psychologami. Wręcz nieprawdopodobna. Nie do końca jednak uwierzyłam w to, że dorośli, poważni ludzie, nie mają możliwości, by wyciągnąć zamkniętego kilka miesięcy syna ze swojego pokoju. Coś mi w tym wszystkim nie grało. Jednak Komasa zwraca tym samym uwagę na fakt, że problemy nie odnoszą się tylko do rodzin patologicznych. Mogą dotknąć każdego. I niekoniecznie będzie jasne, jak je przezwyciężyć.

Wykorzystanie awatarów i animacji w polskim filmie było pomysłem dość nowatorskim. Jednak to nie kolorowy, wirtualny, stylizowany na gry i japońskie kreskówki świat zrobił na mnie największe wrażenie. Atutem filmu okazała się gra aktorska okraszona odpowiednio dobraną w idealnych momentach muzyką. Podejrzewam, że o Jakubie – odtwórcy roli Dominika – jeszcze nie raz usłyszymy. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie Agata Kulesza – z telewizji znana z roli komediowej – tu zabłysnęła jako mocna, momentami nieco wyuzdana baba, a także cierpiąca i bezradna matka. Bardzo dobrze zagrana, mocna rola. Aktorce należą się za nią duże brawa. Najsłabiej spisała się, według mnie, Roma Gąsiorowska, która nie do końca przekonała mnie jako niebezpieczna, demoniczna kobieta, mająca olbrzymi wpływ na innych ludzi. Za to jedną ze scen nadrobiła te braki. Mocnym punktem była też scena w wirtualnym świecie Sali samobójców, w której jeden z bohaterów-awatarów ujawnia hipokryzję i miałkość zebranych tam osób…

Jako że przewidziałam zakończenie, byłam nieco rozczarowana. Miałam nadzieję, że reżyser mnie zaskoczy, porwie. Co prawda jeszcze po napisach końcowych cała sala siedziała chwilę w milczeniu i skupieniu. To robiło wrażenie. Film naprawdę gra na emocjach. Porusza i nie można pozostać wobec niego obojętnym. Można mu zarzucać, że ciężko normalnemu człowiekowi utożsamiać się z problemami bogatego, aroganckiego i rozpieszczonego nastolatka, którego nuda zmusza do szukania  niecodziennych wrażeń. Jednak gdy się głębiej nad tym zastanowić, to wokół nas jest wielu wyobcowanych ludzi, którzy nie radzą sobie z rzeczywistością i uciekają w swój wewnętrzny świat. Internet stał się dla niektórych z nich miejscem, w którym mogą się schronić, ukoić skołatane nerwy, stać się kimś innym, kimś lepszym. To może uzależniać.

Film powinni obejrzeć rodzice, dla których świat nastolatków często jest odległy i obcy, oraz młodzież, która być może dzięki temu obrazowi zrozumie, że każdy czyn może mieć poważne konsekwencje, mimo że z początku wydaje się tylko niewinną i beztroską zabawą. Z niecierpliwością czekam też na kolejny film Jana Komasy. Myślę, że będzie to ważne nazwisko dla naszej kinematografii.



czwartek, 17 marca 2011

O koncercie Indios Bravos słów kilka

   Odkąd zasmakowałam w kojąco-kołyszącej i energetycznej muzyce Indiosów, pragnęłam zobaczyć zespół na żywo. Okazja nadarzyła się kilka dni temu w Olsztynie. Zespół zagrał w Nowym Andergrancie i całkowicie porwał zebraną tam publiczność.

Andergrant 12.03.2011
    Nie obyło się jednak bez wpadek. Koncert rozpoczął się z około godzinnym opóźnieniem. Rozczarowane i podpite małolaty nie próbowały ukryć swojego rozżalenia i złości za owo przesunięcie. Przekleństwami sypały jak z rękawa. Aż uszy więdły. – Zaraz sobie pójdę! Niech mi zwrócą kasę za bilety, k…, no! – odgrażały się bełkocząc już nieco niewyraźnie i wymachując piwem na wszystkie strony. Poczułam się wtedy na takie imprezy już przystara. Miałam nadzieję, że muzyka Indiosów nastraja jednak pozytywnie. A tu taka (słowna) agresja!

    Na szczęście Piotr Gutkowski szybko kupił andergrantową widownię. Już pierwsze dźwięki nastroiły klub dobrą energią. Minusem było słabe nagłośnienie na wokal. Momentami lepiej słychać było piejąco-wrzeszczący tłum niż aksamitny głos Gutka. Ale i tak wszyscy doskonale się bawili. Zespół zrekompensował swoje opóźnienie długim i świetnym koncertem. Zabawne momenty? Gdy wokalista zapomniał słów w jednej z piosenek, a cała sala ruszyła mu z pomocą, za co on serdecznie potem podziękował. Ponadto na krótki przerywnik i rzucone przez Piotra Banacha hasło „Kortowiada” widownia zawyła kilka razy – Kortowiada aija ija oooo! No i się wtedy zdziwili. Ale najciekawszym punktem koncertu była, jak dla mnie, solówka perkusji, do której dołączył się wspomniany już przeze mnie Piotr Banach. Gorący jakby afrykański rytm i energia. Coś niesamowitego i zasłużone gromkie brawa. 

     Zabawa była, mimo tych drobnych niedogodności, świetna, a na pamiątkę zostaną wspomnienia i kilka zdjęć. Na kolejny koncert też się chętnie wybiorę...

koncert 12.03.2011

Andergrant 12.03.2011



piątek, 4 marca 2011

Statystyczny student nie istnieje

            Nie wrzucajmy wszystkich studentów do jednego worka! Każdy jest inny, każdy inaczej organizuje czas. Przekonanie, że młodzież akademicka tylko imprezuje i bumeluje, a zapasy energii uzupełnia jedynie zupkami chińskimi, musi odejść do lamusa. Odrzućmy stereotypy i przyjrzyjmy się jak wygląda typowy dzień studenta. Oto kilka przykładów.

2 rano

Zwykle o tej godzinie student wraca z imprezy, zasypia, albo przewraca na drugi bok. Ale nie Łukasz! Są dni, w których musi być już o tej porze w pracy. - Spędzam tu pięć „przyjemnych” godzin. Najpierw kroję, potem rozwożę chleb, aby inni mieli co jeść. On sam na jedzenie nie ma już jednak czasu. Po pracy zapali papierosa, ogarnie się i spieszy na zajęcia. Często się spóźnia. Zmęczony jestem, to zasypiam na wykładach…i przerwach!
rys. E.E.B.
 
6-7 rano

Typowa godzina pobudki, gdy student ma na ósmą. Monika próbuje wstać już o 6, ale rzadko jej się udaje. By zdążyć na zajęcia robi wszystko w pośpiechu: bierze szybki prysznic i zjada lekkie śniadanie. Najczęściej są to płatki z mlekiem i zielona herbata. Potem biegiem na przystanek. Monika nie lubi się spóźniać.
Płatki/musli  z mlekiem, to popularne śniadanie wśród studentów. Dzień tak lubi zaczynać również Ania, Krzysiek i Gosia. Ania i Krzysiek nie wyobrażają sobie dnia bez porannej kawy. Gosia wybiera czarną herbatę bez cukru, zapala 3 papierosy i walczy z poimprezowym bólem głowy. Półprzytomna wyprowadza psa i najczęściej ucieka jej wtedy autobus. Na zajęcia przychodzi piętnaście minut spóźniona. -Cały pierwszy wykład przesypiam. Na okienku idę coś  zjeść.
Kasia z ostatniego roku dziennikarstwa wstaje w ostatniej chwili, by wyszykować się i zdążyć na autobus. Na śniadanie nie ma już czasu. Głód zaspokaja w przerwie – często rogalikiem z automatu, który popija sokiem lub kawą.
Wydawać by się mogło, że Laura ma więcej szczęścia, bo na uniwersytet dojeżdża swoim samochodem. Nic bardziej mylnego! Często traci dwadzieścia minut na stanie w porannych korkach, więc zjawia się w ostatniej chwili. Żeby nie zasnąć na zajęciach, biorę termos kawy i kilka czekoladowych batoników, coby uzupełniać zapasy energii.

rys. E.E.B.

9-10 rano

            Studentki trzeciego roku filologii polskiej mają więcej szczęścia. Mogą pospać dłużej i nie mają dużo zajęć na uczelni. Justyna: - Zazwyczaj wstaję około godziny 9, gdyż w tym roku plan zajęć na studiach pozwala mi pospać nieco dłużej. Je pożywne śniadanie: najczęściej parę kanapek, które popija herbatą. Kasia również zjada pierwszy posiłek bez pośpiechu. Często są to jajka na twardo i do tego koniecznie słodka herbata. Stara się żyć zdrowo, ale pozwala sobie na tę małą słabość. Jeśli może zjeść obiad w domu, to są to najczęściej warzywa na patelnię z ryżem lub makaronem. Ziemniaków unika jak ognia. Justyna, jak sama mówi, nie wytrzymuje bez czekolady dłużej niż 2 godziny. Jednak wszystko spala na intensywnych treningach tańca. Ćwiczy dwa razy w tygodniu, zdarza się, że i po 5 godzin. -Prowadzenie zajęć tanecznych mobilizuje mnie i dodaje energii.

8-20

Godziny zajęć na uczelni. W czasie przerw studenci okupują automaty, z  których wyciągają paluszki, batoniki, ciastka i inne przekąski. Piją hektolitry kawy, herbaty oraz napojów energetycznych. Gdy mają dłuższe okienka – zjadają obiad na studenckiej stołówce lub zapiekanki w barze. Niektórzy wykorzystują jednak przerwy inaczej. Łukasz dosypia – rozkładając się na ławkach, a Monika szuka w bibliotece książek do pracy magisterskiej. W weekendy bowiem pracuje w restauracji i nie ma na to czasu. Inni często przygotowują się na zajęcia, czytają książki lub rozmawiają o głupotach dla rozluźnienia.  
Po zajęciach zostaje mało czasu na hobby i przyjaciół. Zaległości te niektórzy nadrabiają w weekend. Najczęściej jednak spędzają ten czas sennie i leniwie, przygotowując się na kolejny ciężki tydzień.


środa, 23 lutego 2011

"Eliminacje" bez owijania w bawełnę

            Czy zakład psychiatryczny to dobre miejsce na poszukiwanie miłości? Na własnej skórze chce się o tym przekonać bohater sztuki, który zamierza w nim przeprowadzić niecodzienne eliminacje na partnerkę swojego życia. Austriacka autorka – Silke Hassler – prowokuje wulgaryzmem, zaskakuje, ale też rozśmiesza. Tekst broni się sam, jednak dopełniony świetną grą aktorską, nabiera dodatkowych walorów. „Eliminacje” w reż. Emilii Sadowskiej to pełna słownej pikanterii odważna sztuka dla dorosłych, która zapewnia doskonałą rozrywkę na wieczór.

                                                                                                   "Eliminacje"
Reżyseria: Emilia Sadowska
Występują:  Marzena Bergmann, Katarzyna Kropidłowska, Irena Telesz, Radosław Hebal, Grzegorz Jurkiewicz;




           Tytułowe eliminacje są jedynie pretekstem do opowiedzenia historii o ludzkich tęsknotach, problemach i słabościach. Zaglądamy do świata, do którego na co dzień nie mamy dostępu, a który zawsze będzie nas jakoś fascynował. Szpital psychiatryczny, dom wariatów, wariatkowo, psychiatryk…

Już takie obrazy jak „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Przerwana lekcja muzyki” poruszały widzów. Okazuje się, że w tej materii nadal można coś nowego stworzyć i dopowiedzieć. Szpital psychiatryczny Hassler nie jest tak mroczny, jednak nadal pociągający. Niby podglądamy szaleńców w wariackich sytuacjach, ale po chwili nasuwa się refleksja, że przynajmniej niektóre okoliczności są nam dziwnie znajome. Sztuka skupia się bowiem na relacjach damsko-męskich, głównie na ich erotycznym aspekcie. Tu mężczyzna okazuje się kiepskim zdobywcą, a kobiety otwarcie wykrzykują swoje seksualne potrzeby, niezadowolenie i poczucie niespełnienia. Ponadto każda z osób tam zamkniętych nie tylko poszukuje prawdziwej miłości, ale też czuje się odseparowana i samotna. Wyizolowani w wyizolowanym świecie. Podwójnie smutne.

            Uwagę przykuwa ciekawa scenografia Katarzyny Stochalskiej. Scena, ubrana jakby w białe bandaże, nabiera dzięki nim klaustrofobicznego charakteru. Wrażenie trójwymiarowości powstaje natomiast dzięki umiejętnie rozłożonym podestom. Proste, ale jakie efektowne. Jako że przedstawienie bazowało głównie na słowie, aktorzy musieli liczyć jedynie na swoje sceniczne umiejętności. I choć niemal wszyscy wywiązali się z zadania, przykuwają uwagę i bawią, to przyćmiewa ich jednak Katarzyna Kropidłowska w roli Judyty. Wspaniale zarysowana  postać kobiety pełnej sprzeczności, która walczy ze swoimi lękami. Nie boi się mówić tego, co myśli. A mówi głośno i dosadnie. Mocnym akcentem sztuki jest także postać wykreowana przez Irenę Telesz, która to nawet z drobnej roli potrafi wyczarować godną zapamiętania perełkę. Blado wypada na ich tle natomiast Pielęgniarz (Grzegorz Jurkiewicz).

            Ciężko być samemu. Człowiek szuka partnera nieraz z czysto pragmatycznych względów. Chociażby dlatego, że w kark samemu nie da się… pocałować. O czym właściwie jest ten spektakl? O potrzebie kochania i bycia kochanym. Sama esencja „Eliminacji” wydaje się nieco gorzka, jednak spijamy też niejaką słodycz śmiejąc się z notabene wariackich sytuacji. Zaryzykowałabym tezę, że czasem cały świat jest takim wariatkowem i niemal w pewnym momencie zadzwoniło mi w uszach słynne zdanie z dramatu Gogola: „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie.”


           Spektakl można obejrzeć w Teatrze Jaracza w Olsztynie, w siedzibie tymczasowej - CEIK-u.


piątek, 4 lutego 2011

Brzydka ona, brzydki on i ładna miłość w rytmach rumby



Jeśli myślisz, że życie ciągle rzuca ci kłody pod nogi i spotykają cię same nieprzyjemności, obejrzyj koniecznie „Rumbę” w reżyserii Dominique’a Abla, Fiony Gordon i Bruna Romy’ego. Ona - nauczycielka angielskiego, on - nauczyciel w-fu. Oboje kochają taniec i przede wszystkim siebie. Pewnego dnia los odbiera im niemal wszystko. W wypadku główna bohaterka - Fiona  - traci nogę, a Dom - główny bohater - pamięć, co przekreśla ich szansę na dalsze rozwijanie pasji. Brzmi tragicznie? Wbrew pozorom to niezwykła i zaskakująco specyficzna komedia.

                Fiona i Dom – nie wpisują się w kanony klasycznego piękna. Pasują jednak do klimatu opowieści. Są to bohaterowie charakterystyczni, którzy od samego początku wzbudzają sympatię widza. Wszelkie zdarzenia odbierają ze stoickim spokojem, mimo że los ciągle płata im figle, a nieszczęścia w ich przypadku nie chodzą parami a tuzinami. Dwójka szczęśliwych ze sobą i zakochanych pechowców traci po kolei niemal wszystko: zdrowie, pracę, dom… Feralne wypadki mnożą się i kumulują w zawrotnym tempie, pozostawiając widza w lekkim osłupieniu. Bohaterowie nie załamują się, lecz stawiają czoła przeciwnościom. W tragicznych chwilach mają siebie, a miłość zwycięża wszystko. Ich nieporadne wyczyny, by przetrwać życiową burzę i złą passę, momentami chwytają za gardło. Główne postacie bawią bowiem, ale też wzruszają. Śmiejemy się, ale nie jest to pusty i bezrefleksyjny chichot. Przeplata się w nim wzruszenie, współczucie i nadzieja, że wszystko się ułoży. Scena tańca cieni urzeka swoją prostotą.
               



               Perypetie Doma i Fiony okraszone są typowymi slapstickowymi gagami, a znaczna część filmu dzieje się bez słów. Nasuwa to skojarzenie z klasycznymi obrazami Charliego Chaplina, w których główny fajtłapowaty bohater również boryka się z najróżniejszymi przeciwnościami i kłopotami, ale wychodzi z nich zawsze zwycięsko. Ważną rolę odgrywa ujmująca muzyka, która staje się współbohaterem opowieści.
     
           Rumba to taniec zmysłów i miłości. Taki właśnie jest ten film. Feeria barw, zabawa kiczem, pop-artem, duża dawka humoru przyprawiona uczuciem głównych bohaterów i ciekawą muzyką, to niewątpliwe jego atuty. Ta historia poprawia humor, ale też wywołuje refleksje, jak dużą rolę w naszej egzystencji odgrywa pech i szczęście. Rządzi nami seria przypadków czy przeznaczenie? Jak dużo jest w stanie znieść człowiek? To tylko niektóre z pytań jakie mogą nasunąć się po jego obejrzeniu. Jednak przede wszystkim „Rumba” udowadnia, że o trudnych sprawach można zrobić film lekki, łatwy i przyjemny. Trochę tego brakuje w polskiej kinematografii.

                Co ciekawe, obraz ten wyreżyserowały, napisały do niego scenariusz i odegrały w nim główne role, te same osoby. Są wyjątkiem od „reguły”, że jak coś (ktoś) jest od wszystkiego, znaczy do niczego. Według mnie sprawdzili się we wszystkich zadaniach. Scenariusz jest przewrotny i naprawdę zabawny, a główni bohaterowie rozczulają i bawią. Wykreowanym postaciom widz od początku do końca kibicuje. Można „Rumbie” zarzucać surrealistyczne naciąganie, przewidywalność niektórych gagów i absurd. Dla mnie były to jednak plusy. Film obejrzałam z ogromną przyjemnością. Moim zdaniem jest to piękne, wzruszające i przede wszystkim zabawne kino.

                Film „Rumba” zainicjował projekt „Tu się Movie” w kinie Awangarda w Olsztynie. Ma to być cykliczny, comiesięczny pokaz filmów niszowych, zakończony dyskusją. Pomysł okazał się spektakularnym sukcesem. Pełna, żywo reagująca, zadowolona widownia – tego kino Awangarda już dawno nie przeżyło. Myślę, że projekt może się przyjąć i wypełnić potrzebną na rynku lukę. Za tę inicjatywę trzymam mocno kciuki.
               

wtorek, 1 lutego 2011

Zajeść studia

            Sesjo, sesjo, ach to ty! Nie tylko trudny czas egzaminów, ale w ogóle cały okres studiów jest sprawdzianem dla naszego organizmu – głównie żołądka (choć wątroba mogłaby zaprotestować). Albo student się przejada, albo nie dojada. Wbrew pozorom, to pierwsza opcja zdaje się jednak dominować.

            Brzuch studenta narażony jest na ciężkie i ciągłe „urazy”. Smakołyki kuszą, automaty z napojami energetyzującymi, przekąskami i kawą, uśmiechają się wdzięcznie i zachęcająco, papierosy są kopcone, bary na uczelni, w których najwięcej jest fast foodów, stoją otworem, a liczne imprezy wychodzą bokiem. I to dosłownie. Na domiar wszystkiego mało jest prawdopodobne, by stosować się do zdrowych zasad odżywiania – pięciu posiłków dziennie w regularnych odstępach czasu. Plan zajęć często to po prostu wyklucza. Stereotypowy student chodzi głodny, a wszystkie pieniądze przeznacza na alkohol. To mocno przesadzona wizja. Jeśli już głoduje, to najczęściej z własnej woli, bo jest na diecie lub ze stresu. Bo żołądek ściska i jeść nie może.

Agnieszka (studentka medycyny)O tak, na pierwszym roku studiów bardzo przytyłam. 7 kilo! Miałam dużo zajęć – często do późnych godzin wieczornych. Niektóre fakultety trwały kilka godzin bez przerwy – nie było czasu na posiłek. Nadrabiałam wieczorami. Szczególnie w czasie sesji jadłam na noc. Stres zajadałam słodyczami, to był problem. To się odbiło na mojej wadze i bardzo źle się z tym czułam. W wakacje wzięłam się za siebie i zrzuciłam nadprogramowe kilogramy. Teraz bardziej uważam na to, co i kiedy jem.

Łukasz (student dziennikarstwa) – Może przytyłem, ale chyba nie przez studencki tryb życia. To domowe obiadki mnie podtuczyły. Chociaż na imprezy też chodzę…

Maria (filologia ukraińska)W ciągu pięciu lat studiów tyję i chudnę na zmianę. Sinusoida. Pięć kilo w przód, pięć w tył i tak w kółko. To ciężkie wyzwanie dla zdrowia. Ale nie ma egzaminu nie do zdania…

Olga (filologia ukraińska) – Po tatusiu odziedziczyłam tendencję do tycia, więc nawet studencki tryb życia nie doprowadził mnie do szczupłej sylwetki. A szkoda! W stresie częściej sięgam po łakocie.

Marek (student mechatroniki) – Ja mieszkam w domu i mam zapewnione „mamine obiadki”. Raczej nie tyję. Nie muszę też wybierać między porządnym obiadem a imprezą alkoholową. Mam jedno i drugie!

Laura (studentka dziennikarstwa)Uważam, że można właśnie schudnąć na studiach. Jest tyle zajęć, że je się mniej. 

          Jak widać, co student, to opinia. Są też przecież tacy, którym nic nie szkodzi. Jedzą, piją, co chcą i kiedy chcą, i zachowują  nienaganną sylwetkę. Nie muszą się martwić o takie błahostki. Jednak jeśli już się komuś zdarzy te parę kilo w przód i będzie chciał się ich pozbyć, nie polecam "diety" jaką zastosowały chińskie studentki. Wydaje się to tak odrażające i absurdalne, że prawie niemożliwe. A jednak! Połykają one bowiem jaja glist ludzkich, aby szybko schudnąć przed rozmową kwalifikacyjną. Wszystko po to, by dostać pracę... Przerażające. Chyba mimo wszystko lepiej jest solidnie poćwiczyć.