Szukaj na tym blogu

środa, 4 lipca 2012

Rezerwowe emocje

   Euroemocje co prawda już za nami, ale przed nami emocje wakacyjne. A jeśli już o wakacje chodzi, to jest to dobry moment na "nadrabianie" kulturalnych zaległości. Jedną z letnich propozycji był zatem spektakl muzyczny "Ławka rezerwowych", szumnie zapowiadany jako kulturalna odpowiedź na Euro 2012. Spektakl bawił, owszem, ale tylko przez chwilę, podobnie jak nasza reprezentacja podczas mistrzostw...

Zdjęcie: Internet


    Znane z seriali telewizyjnych nazwiska przyciągnęły do olsztyńskiego amfiteatru tłumy. "Na Damięckiego!", "Na przystojnych aktorów!", "Na miły wieczór" - to były główne motywy, dla których publiczność tak ochoczo zajęła niemal wszystkie miejsca.

   Bohaterów przedstawienia oglądamy na dzień przed meczem z Czechami - meczem, który rozwiał nasze futbolowe nadzieje podczas Euro. Jest ich pięciu - zagrzewają polską reprezentację do walki, choć sami grzeją jedynie ławkę rezerwowych. Każdy z nich chciałby zagrać mecz życia i wyjść na boisko, ale nie jest to im pisane. Piłkarzy rezerwowych podglądamy więc w sytuacjach prywatnych, niemal intymnych. Powoli odkrywamy ich sekrety i wnętrza. Początkowo jest zabawnie, by po chwili lekki humor zamienił się w gorzką, nie tylko piłkarską, ale wręcz życiową refleksję.

  Atutem spektaklu z pewnością była muzyka: klasyczne piosenki Andrzeja Zauchy, nawet w nowych aranżacjach, robią wrażenie i wywołują uśmiech na twarzy. Uśmiech towarzyszył mi również wtedy, gdy aktorzy i tancerki wykonywali swoją choreografię. Przedstawieniu miał towarzyszyć bowiem balet dziewczęcy - i dziewczęta, a jakże, były piękne i powabne jak baletnice, ale taniec ich był mało widowiskowy i jeszcze mniej skomplikowany. A szkoda! Był więc to uśmiech pokrywający lekkie rozczarowanie. Wiem, że taka była konwencja, ale o ileż przyjemniej by się oglądało całość, gdyby można było na scenie, obok niezłych aktorów, zobaczyć prawdziwe taneczne widowisko...

  Pomysł na spektakl był niezły. Widzowie mieli zobaczyć piłkarzy w codziennych sytuacjach, a spektakl miał odkryć przed nimi sportowe kuluary, uchylić rąbka tajemnicy tego, czym piłkarze żyją na co dzień, o czym rozmawiają w szatniach, jak się przygotowują psychicznie do sportowych rozgrywek itd. itp.
  Pomysł więc był niezły. Tym bardziej, że reżyserowi Marcinowi Kołaczkowskiemu udało się do przedsięwzięcia zaangażować świetnego komentatora sportowego Tomasza Zimocha. Dla sprawozdawcy była to typowo-nietypowa rola, w której zresztą sprawdził się, moim zdaniem, świetnie. Był naturalny, energetyczny i spontaniczny. Rola tego szalonego-reportera leżała mu jak ulał - w końcu grał samego siebie.
  W całości przedstawienia brakowało mi jednak pewnej spójności i iskry, która zapłonęła na samym początku, by powoli i systematycznie gasnąć. Chwilami miałam wrażenie, że aktorzy bawią się na scenie znacznie lepiej, niż publiczność na widowni. A chyba powinno być na odwrót. Pomysł więc był niezły, ale raczej zaprzepaszczony.

  W widowisku muzycznym nie szukałam sztuki przez duże "S" i nie nastawiałam się na przeżycie katharsis. Mimo to czuję lekki niedosyt i delikatne rozczarowanie. Ale wakacje się dopiero zaczęły, więc na tym nie koniec kulturalnych przyjemności. Apetyt zaś rośnie w miarę jedzenia. Czekam więc na więcej.

  Relację ze spektaklu można również obejrzeć tu:

 http://www.telewizjaolsztyn.pl/10,669-pierwsze_muzyczne_pilkarskie_widowisko.html





wtorek, 1 listopada 2011

Szkoda czasu na cofanie czasu



        Paryż niemal wszystkim kojarzy się z miejscem nie tylko niezwykle romantycznym, ale też magicznym. Woody Allen potraktował to dosłownie i stworzył obraz, w którym bohaterowie mają szansę spełniać swoje największe marzenia i zasmakować prawdziwej miłości. Wynikła z tego barwna i lekka opowieść, idealna na chłodny, jesienny wieczór.

Gil Pender – w tej roli zaskakująco dobry Owen Wilson – i jego narzeczona Inez przyjeżdżają do okrzykniętego stolicą miłości  - Paryża, by spędzić tam razem trochę czasu. Przy okazji mogą też planować rychły ślub. W sprawy organizacyjne bardziej zaangażowana jest kobieta. Mężczyzna – uznany amerykański scenarzysta – odkrywa natomiast w stolicy Francji swoje prawdziwe powołanie i wenę, pragnie poświęcić czas na pisanie swojej pierwszej powieści. Zwraca się ku ambicjom. Może byłoby to zastanawiające, ale widz bardzo szybko orientuje się, że ta dwójka jest wyjątkowo źle dobrana…

Gil i Inez

Gil to typowy romantyk, dla którego ideałem byłoby zamieszkanie w Paryżu lat 20. Inez - kobieta piękna, zmysłowa, rozrywkowa, skupiona na materialnych aspektach życia. Na próżno byłoby szukać w jej próżnej osobie choćby cienia romantyzmu... Swój ideał odnalazła za to w dawnym przyjacielu Paulu, który imponuje jej swoją wiedzą, erudycją i pewnością siebie - cechami, których trudno by szukać u nieco wycofanego Gila. Jednakże i Pender nie pozostaje bez winy. Równie szybko ulega fascynacji do nowo poznanej kobiety. Mimo że, Woody Allen wątek związku głównych bohaterów potraktował nieco marginalnie, to jednak z właściwą sobie ironią i dozą humoru potrafił wpleść najprostsze spostrzeżenia. Możliwe, że skłonił niektóre pary do dokładniejszego przyjrzenia się swoim relacjom.



Oglądamy Paryż z perspektywy amerykańskiego turysty. Piękne zdjęcia miasta – przykuwają uwagę niczym widokówki.  W tak ukazanym mieście miłości z pewnością można się zakochać. Zakochał się w nim też główny bohater. To uczucie okazało się odwzajemnione... Miasto nie tylko odsłoniło przed nim swoje najpiękniejsze zakątki, ale również pozwoliło mu zagłębić się w jego historię. Dosłownie. Oszołomiony Gil miał szansę zobaczyć jak to było "kiedyś", czyli w ubóstwianych przez niego latach dwudziestych. Poznając kolejne wybitne postaci paryskiej bohemy m.in. Salvadora Dalego, Hemingwaya, Gertrudę Stein,  Fitzgeralda, czy przede wszystkim kochankę artystów - Adrianę (Marion Cotillard), zaczyna w końcu dojrzewać i dostrzegać, co mu przez (nie tylko wewnętrzne) ucieczki umyka i przecieka przez palce.


Gil i Adriana

"O północy w Paryżu" to film, który nie tylko warto obejrzeć na "deser", ale też chwilę się nad nim zadumać. Należałoby zagłębić się w jego dialogi, niuanse i smaczki, po to, by wyłuskać z niego więcej niż ładne obrazki i ciekawy pomysł na scenariusz. Nawet, jeśli nie zdobędzie Oskara.







poniedziałek, 25 lipca 2011

Student z przypadku?

Statystyki zastraszają. Coraz więcej młodych absolwentów studiów wyższych boryka się z frustracją związaną z bezrobociem. Najtrudniejszą sytuację mają osoby po studiach humanistycznych. Wydawać by się mogło, że niektórzy uczą się tylko „dla papierka”, jednak większość żaków opowiada się za świadomym wyborem kierunku studiów.

            Młodzi ludzie, którzy idą na studia, kierują się intuicyjnym przekonaniem, co będzie dla nich najlepsze. Nie myślą jednak zbyt perspektywicznie. Często chcą realizować i kontynuować szkolne pasje, a czasem kierują się względami pragmatycznymi. Łukasz  – olsztynianin, który mieszka z rodziną – student dziennikarstwa i komunikacji społecznej wyznał szczerze: - Nie chcę być dziennikarzem. Chodziły mi po głowie inne studia, w innym mieście, ale z lenistwa tylko tu złożyłem papiery i zostałem w Olsztynie. Może zrobię studia podyplomowe. Najbardziej chciałbym pracować gdzieś w reklamie…Hmmm… Nie wiem jeszcze, co zrobię. Natomiast Krzysztof wybierając ten kierunek kierował się faktycznym zainteresowaniem – Już od czasów liceum chciałem zostać dziennikarzem. Uwierzyłem nauczycielom, że się nadaję. Studia są dla mnie naiwną nadzieją na dobrą pracę i wysokie zarobki. Nie chcę mieć tylko papieru z dziennikarstwa, chcę faktycznie pracować w zawodzie.

Zdarza się, że studia humanistyczne wynikają z prawdziwej naukowej pasji. Tak jest w przypadku Adama studenta historii i jednocześnie wiceprzewodniczącego samorządu studenckiego: - Myślę o pozostaniu na uczelni, chcę iść na doktorat. Dość dobrze sobie radzę, więc biorąc pod uwagę mój potencjał, myślę, że mam spore szanse… Studia umożliwiają realizację moich zainteresowań, dają możliwość rozwoju intelektualnego. Jego kolega z roku Konrad, mimo że historię wybrał zgodnie ze swoimi zainteresowaniami szkolnymi, w przyszłości najchętniej zająłby się czymś zupełnie innym. – Lubiłem historię w szkole, pomyślałem, wybiorę ten kierunek, pójdę i się zobaczy. Nie myślałem zbyt przyszłościowo. Nie to, żebym był złym studentem, ale ja nie myślę o doktoracie, na to trzeba być jednak wybitnym. W ciągu pięciu lat człowiek się zmienia, zainteresowania też. Poznaje się nowych ludzi, próbuje nowych rzeczy i się okazuje, że to jest fajne. Udzielam się w wolontariacie, pomagam w organizacji różnych imprez m.in. Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. To mi się podoba, ciągle poznaję ciekawe osoby, coś się dzieje.

Bywa jednak, że studia humanistyczne stają się alternatywą dla pierwszych pomysłów. Tak było w przypadku Agnieszki, studentki filologii polskiej – Studiami mojego pierwszego wyboru były studia muzyczne. Znalazłam się jednak tu, ale nie żałuję. Zawsze interesowały mnie sprawy językoznawcze, małe niuanse językowe, dlaczego mówi się tak, a nie inaczej. A przede wszystkim: jak się mówi poprawnie.
Aleksandra jest studentką resocjalizacji. Czuje, że ma powołanie do pomagania innym, więc studia wybrała w sposób odpowiedzialny i świadomy : - To był mój taki pierwszy krok do usamodzielnienia się. Od zawsze interesował mnie problem młodzieży i dzieci z rodzin patologicznych. Wykształcenie to podstawa, jednak studia to coś więcej. To zabawa, to nowi ludzie, nowe wyzwania. Studia to fajna sprawa.

Zdaje się więc, że młodzi ludzie lekceważą zdanie fachowców, że na rynku brakować będzie przede wszystkim wysoko wykwalifikowanych inżynierów, nie myślą o przepełnieniu w branżach, kierują się raczej sercem niż rozumem. Zdaniem dra hab. Zbigniewa Anculewicza, prof. UWM winę za ten stan rzeczy może ponosić coraz niższy poziom nauczania w szkołach gimnazjalnych i licealnych. Przedmioty ścisłe prowadzone są w okrojonym zakresie, przez co nie dają szansy rozwinąć się młodym ludziom w tych dziedzinach należycie. Dlatego jest tak dużo chętnych na kierunki humanistyczne. – To jest odwieczny problem, czy studia powinny być elitarne, czy masowe. Humanistyka tylko „wydaje się” łatwa. Jest to jednak dzisiaj dziedzina interdyscyplinarna, inna niż dawniej. Każde studia są ważne, ponieważ pomagają zrozumieć współczesny świat. Młody człowiek powinien sobie uświadomić, że studia nie gwarantują etatu, dają jednak narzędzia, by być elastycznym na rynku pracy. Musi pamiętać o ciągłym kształceniu, doskonaleniu się. Uczelnia nie może i nie musi w stu procentach przygotowywać absolwenta do wejścia na rynek pracy. To, jak sobie poradzi, czy będzie konkurencyjny, jest wypadkową wielu czynników. Musi śledzić przemiany na rynku pracy i poważnie podejść do nauki. Każda praca daje utrzymanie, ale absolwent nie może się zniechęcać, by się dalej nie kształcić i by ciągle pracować poniżej swoich kwalifikacji. Kryzysy mijają i musi być na ten nowy boom przygotowany. Lepiej inwestować w siebie niż w rzeczy materialne. Zygmunt Bauman – wybitny socjolog – mówi, że żyjemy w płynnej rzeczywistości. Świat się zmienia bardzo szybko, trzeba do zmian podchodzić w sposób elastyczny. Takie umiejętności daje właśnie humanistyka. Przede wszystkim należy inwestować w języki obce: najlepiej te niszowe, jak japoński, chiński, koreański, a także języki skandynawskie. Erasmus również jest dobrym pomysłem, ale polecałbym go nie jako przygodę, a możliwość nauki i obserwacji, jak świat radzi sobie z wyzwaniami. Dobrze by było inwestować w kursy i studia podyplomowe, przede wszystkim te, które są związane z nowymi technologiami. Należy sobie też uświadomić, że informacja jest towarem, który można sprzedać.

Student jest coraz bardziej świadomy, jakie czekają go trudności po uzyskaniu upragnionych trzech literek przed nazwiskiem. Większość uważa, że studia (przede wszystkim humanistyczne) zagwarantują szybkie, łatwe i przyjemne zdobycie wykształcenia wyższego. Około 400 tysięcy młodych ludzi po studiach wyższych jest bez pracy. Jednakże nie zniechęca to studentów do patrzenia w przyszłość dość optymistycznie. Absolwenci łapią się każdego zajęcia, byle tylko się utrzymać, marząc jednocześnie o pracy zgodnej z ich zainteresowaniami. Łukasz: - Mogłem w czasie studiów robić jakieś praktyki, ale mi się nie chciało… Nie wiem jeszcze, co będę robił w przyszłości. Krzysztof: - Chciałbym być dziennikarzem. Pisałem do portalu internetowego, ale ten jest już na wymarciu. Poza tym muszę się tu jakoś utrzymać, mam czasochłonną pracę niezwiązaną z dziennikarstwem. Nie mam kasy na naukę języków. Aleksandra: Fajnie by było mieć dobrze płatną pracę. Biorę też pod uwagę inny zawód, jeśli nie uda mi się znaleźć pracy w wyuczonym. Inwestuję w kursy, taniec, ale też zabawę.

Każdy ma nadzieję na bycie chlubnym wyjątkiem w morzu statystyki. Pytanie, czy wystarczająco się stara, by tego dokonać…



Złotouści na UWM-ie

Każdy dobry uniwersytet musi mieć dobrych wykładowców z ciekawymi powiedzonkami. Nadaje to przecież charakteru zajęciom. Uniwersytet Warmińsko-Mazurski nie odstaje od tej reguły. Przedstawiam krótki zbiór starszych i nowszych myśli i przejęzyczeń, który studenci z radością i sumiennie zanotowali (i mi raczyli niegdyś przekazać). 

Próbka z Wydziału Humanistycznego:

"Na wszystko trzeba patrzeć z lotu ptaka, a nie z pozycji żaby"

Dr M. O.



"Kręte są ścieżki humanistów"

Dr P. P.



„To nie tak, że mam Alzheimera, że się powtarzam, powtarzam się”

Dr I. M.



„Byk spadł na cztery łapy”

Dr I. M.



"Taki obraz smutny powstaje, jeżeli chodzi o nasze zajęcia"

Mgr K. S.



„Nie to chciałam powiedzieć, ale już zapomniałam, co chciałam powiedzieć”

Mgr A Sz. (PEDAGOGIKA dla polonistów)



„Lepiej być złym niż być nikim”

Mgr A. Sz. (PEDAGOGIKA dla polonistów)



"Dobrze odbierz sobie życie, ale poczekaj, jutro, pojutrze"

Mgr A. Sz. (PEDAGOGIKA dla polonistów)



„Lizak, obiekt czynności lizania”

 Dr M. O.



„Szedł się patriotycznie naładować”

Dr P. P.



„Co pytam to milczenie, ludzie chcą coś zanotować?”
Dr P. P.


„Na egzamin wchodzimy pojedynczo, tak jak na sąd ostateczny”

Dr P. P.



Żal Sarmaty nad grobem, to o żalu Sarmaty nad grobem”

Dr P. P.



„Błędy niewiedzy oczywistej”

Prof. K. S.



„Kto ma niechcący tekst?”

Dr P. P.



„Gdyby tylko z zysków się życie składało, nie byłoby poezji sentymentalnej”

Dr P. P.


„Kowal konia kuje, a nogę podstawia żaba"
Dr S. S.
 
„Beatyfikacja Leszka B."
Dr S. S.



„Złoto rozwiązało problem, jak wydać resztę z krowy"
Dr S. S.
 
„Co tam, co tam”;  „Miodzio!”
Dr A. D.
 
„Drugi akapitosek…”
Dr A. D.
 
„A teraz idziemy dalej” – ewoluowało na: „Pójdźmy dalej tym tropem”
Dr M. B.
 
„Jaki jest tego seks?”
Mgr M. W.
 

wtorek, 7 czerwca 2011

Kontaktujesz?

            Szkło kontaktowe, które sześć lat temu pojawiło się na antenie TVN24 trafiło wtedy w dobry czas. Społeczeństwo polskie potrzebowało najwidoczniej takiego programu. Publicystyka przebrana w mundurek rozrywki – niby zabawnie, choć nadal dość sztywno. Jednak jest coś w tym programie, co pociąga i przyciąga tłumy widzów niemal codziennie o 22. Niewątpliwie wpływ na to zjawisko mają charyzmatyczne osobowości dziennikarzy-prowadzących. Chociaż flegmatyzm Grzegorza Miecugowa i kamienny spokój Tomasza Sianeckiego na pierwszy rzut oka z charyzmą kojarzyć się nie powinny… Wydania weekendowe prowadzą Wojciech Zimiński i Grzegorz Markowski. Jednak moim zdaniem największym atutem, pieszczotliwie nazywanego przez fanów, Szkiełka, jest wychwytywanie absurdów dnia codziennego, szczególnie z „wielkiego” świata polityki.
            Formuła programu jest prosta, mimo że samo Szkło proste dla prowadzących być nie musi, skoro jest to program na żywo, w którym wszystko może się wydarzyć. Trwa godzinę (łącznie z reklamami) i podzielony jest na trzy oddzielone od siebie, choć podobne części. Prowadzący rozmawia z zaproszonym gościem w studiu. Panowie w czarnych fotelach, nóżka na nóżkę, spokój, luz i opanowanie. Nieco pstrokata scenografia nie zaburza jednak uwagi. Dwóch rozmówców komentuje wydarzenia dnia. Powolna, czasem nieco ospała pogawędka przerywana obrazkami. Genialne w swej prostocie.  Być może ta ich rozmowa czasem tak się „ślimaczy”, aby każdy widz „zakontaktował” o co chodzi? Zdaje się idealne dla widza w starszym wieku, dla którego szybkość mediów może być tematem obcym.
Z pewnością  jednak to cały sztab ludzi pracuje, by wyłowić wszystkie „smaczki”, które się w ciągu dwudziestu czterech godzin wydarzyły. I jest to widzom w postaci króciutkich filmików prezentowane. Następuje po nim stosowny komentarz prowadzącego lub gościa. Przez cały czas trwania magazynu, można zapoznać się też ze zdaniem innych osób, które Szkiełko oglądają. SMS-y wyświetlane są na czerwonym pasku u dołu ekranu, a od czasu do czasu pojawia się jakiś telefon. Może być zabawnie lub denerwująco. Bywa śmieszno-groźnie, gdy oskarża się TVN i siedzących w wygodnych fotelach dziennikarzy o całe zło świata. Ktoś obrazi Platformę, ktoś wyśmieje PiS, a jeszcze inny udawać będzie bezstronnego i obiektywnego. I jak tu nie dostrzec tego uroku?
Osobiście nie przepadam jednak za prowadzącym Tomaszem Sianeckim, który sprawia wrażenie osoby zbyt pewnej siebie i zarozumiałej. Nie ujmuję mu przez to wiedzy czy inteligencji. Mogę się mylić, ale jego mimika zdradza czasem znudzenie, zażenowanie lub podirytowanie telefonami od widzów. Nieprzyjemnie się na to patrzy. Pamiętam pewien odcinek, gdy Szkło Kontaktowe otrzymało Telekamerę od widzów. Grzegorz Miecugow, który był wówczas prowadzącym, wszelkie telefoniczne gratulacje zbywał pół-uśmiechem, siedząc napuszony jak paw, z wyrazem twarzy „Przecież nam się należało!”. Trzeba jednak całkiem wyraźnie powiedzieć, że udało im się zrobić kawał dobrej roboty i mają być z czego zadowoleni i dumni. Zapraszani do programu goście potrafią zaskakiwać pomysłowością i poczuciem humoru. Celne komentarze prezentuje na przykład Artur Andrus – artysta kabaretowy, dziennikarz i konferansjer, nie omieszkując włączyć w nie krztyny poezji i „pieprzu”.
            Szkło pozwala na integrację mediów z widzem. Niektórzy potraktowali je jako sposób na odreagowanie własnych frustracji, no i przede wszystkim: znaleźli się na antenie! Czasem warto obejrzeć dany odcinek dla pewnych telefonów lub SMS-ów. Widz Szkiełka to często bystry obserwator. A do tego odważny. Nie boi się wyrazić swojego zdania, choćby nawet nie miał racji. (Chociaż zwykle jest pewna nobilitacja dla wypowiedzi pojawiających się w mediach…). Ciekawe głosy widzów zebrali główni prowadzący programu w swojej książce Kontaktowi, czyli szklarze bez kitu. Z pokorą przyznają, że nieraz te krótkie zdania przewyższają własną ich pomysłowość. I tak oto wyróżnili: „Są rzeczy, o których się nie śniło filozofom, a większość z nich jest w Polsce”, „Gdy słucham polityków, czuję się jak Zidane, ale przecież nie przywalę we własne TV!” Przyznaję, że to celna i ostra satyra na naszą (chyba jednak nie tak szarą) rzeczywistość.  Lubię od czasu do czasu Szkiełko pooglądać, choć przyznaję, że kiedyś magazyn ten podobał mi się bardziej. Być może powoli wyczerpuje się jego formuła. Słupki oglądalności nieco spadły, choć nadal jest to najchętniej oglądany program TVN24.
Nierzadko program traci bowiem swoją płynność i swój rytm, mówiąc kolokwialnie, „wieje w nim nudą”. Ratunkiem okazują się wtedy często jakieś głosy widzów, które sprytni dziennikarze z ochotą, ale też rozwagą, podchwytują. Celna, błyskotliwa riposta i program „kręci się” dalej. Oczywiście, im „weselszy” program, tym kondycja polskiej polityki musi być słabsza. Aby było, co komentować, muszą bowiem w ciągu dnia wydarzyć się zabawne, a czasem jedynie żenujące „wpadki”. Podejrzewam, że pojawienie się polityków w Szkiełku, to też ich sposób, by nie przestało się o nich (jakkolwiek) mówić. Więc może dobrze, że coraz częściej dostrzegam w Szkle tendencję, jaką jeden z prowadzących mógłby podsumować słowami ze skeczu Macieja Stuhra:  „Siedzimy, gadamy, nic się nie dzieje… nuda… przerwa jaka, czy co… gadamy… cały czas gadamy… o niczym… ale bardzo przyjemnie jest…”

środa, 25 maja 2011

Pokortowiadowo ;)

*** Traktować z przymrużeniem oka ***

Cierpienie rodzi się z nudy



Jeśli nawet Jan Komasa nie stworzył filmu wybitnego, to na pewno udało mu się zrealizować obraz istotny i w pewnym sensie przełomowy dla polskiej kinematografii. Nie chodzi tu tylko o poruszenie tematu destrukcyjnego wpływu Internetu, wyobcowanej emo-młodzieży i wykorzystanie ciekawej techniki animacji. Młodej daty reżyser celuje kamerą we współczesność, wykazując rozwinięty zmysł obserwacji i sprawne poruszanie się w konwencjach pop-kultury. „Salą samobójców” udowadnia, że ciekawe rzeczy dzieją się tu i teraz i można je w sposób niebanalny przedstawić.

Dominik – główny bohater opowieści (znakomity Jakub Gierszał) – to chłopak z "dobrego domu". Pozornie ma wszystko, czego potrzeba do szczęścia: uczy się w klasie maturalnej w elitarnym, prywatnym liceum, cieszy się popularnością wśród rówieśników, a bogaci, wpływowi rodzice spełniają wszystkie jego zachcianki. Ponadto jest to chłopak inteligentny i niezwykle wrażliwy. Wkrótce okazuje się nawet, że nadwrażliwy. Można się zastanawiać, czy jego problemy rozpoczęły się podczas studniówkowego balu, czy miały swój zalążek znacznie wcześniej. Młodzież w filmie Komasy przedstawiona jest bez upiększeń i słodzenia. Jak się bawią, to na całego. Alkohol, papierosy, eksperymenty seksualne... Nastolatki nie mają się przeciw czemu buntować, nudzą się, szukają więc innej adrenaliny, rozrywki i wrażeń. Każdy walczy o popularność, uznanie rówieśników i pozycję w grupie.

Czyżby jednak homoseksualny pocałunek mógł odcisnąć aż takie piętno na młodym człowieku? Scena całujących się chłopaków jest dobitna, naturalistyczna i dla tego filmu przełomowa. Byłam pod ogromnym wrażeniem, z jaką werwą została odegrana. A musiało być bardzo trudno. Tym bardziej, że każdy zdaje sobie sprawę, jak nietolerancyjne i nieprzygotowane na podobne obrazki jest polskie społeczeństwo. Od tej chwili Dominik zastanawia się nad swoją seksualną tożsamością. Coś, co było chwilą dobrej zabawy, zaczyna rzutować na jego relacjach z innymi. Wkrótce okazuje się też, że „każdy kij ma dwa końce”. To, co zapewniło mu chwilę popularności, mogło wydawać się „trendy”, momentalnie może być zwrócone przeciwko niemu. Młodzi ludzie są okrutni. Nie bawią się w ceregiele, a wszelkie intymne szczegóły ze swojego i cudzego życia, rozpowszechniają za pośrednictwem Internetu i Facebooka, nadając temu odpowiednio złośliwy i sarkastyczny komentarz. Chłopak bardzo szybko otrzymuje etykietkę geja, może nawet zboczeńca. Zabrakło w tym momencie kogoś, kto by dostrzegł, jak bardzo chłopak ze sobą i emocjami sobie nie radzi, jak potrzebuje wsparcia, rozmowy, zrozumienia. Rodzice? W domu tylko bywają. Ojciec (Krzysztof Pieczyński), pracuje w ministerstwie, a matka (pysznie zagrana rola przez Agatę Kuleszę) więcej czasu spędza w agencji reklamowej, niż przy dziecku. Brak akceptacji rówieśników i zainteresowania kogokolwiek, destrukcyjnie wpływa na psychikę Dominika. Chłopak zaczyna się w tym wszystkim gubić i wycofuje coraz bardziej ze świata realnego w wirtualny. Tam poznaje ludzi, którzy również uciekają od swoich problemów i skrywają przed prawdziwym życiem. Każdy z nich przeżywa w ukryciu swoje osobiste tragedie. Wszyscy pragną uciec od problemów, zapomnieć, zatopić się w marzeniach. Największe wrażenie wywiera na nim tajemnicza dziewczyna, która powoli wciąga go w świat swoich obsesji i majaków. Zaprasza do narkotycznego miejsca – Sali samobójców – które ma być lekarstwem na zło, nienawiść i staje się odskocznią od nieprzystępnej realności. Dominik coraz głębiej zatapia się w tę iluzję, aż w końcu zamyka się na całą rzeczywistość. I to dosłownie.

Film nie jest łatwy, mimo że od strony wizualnej ogląda się go przyjemnie. Każda kolejna minuta wnosi coraz cięższy ładunek emocjonalny. Poza tym ta historia zwraca uwagę na kilka istotnych problemów. Najbardziej poruszające wydaje mi się zobrazowanie relacji rodzic-dziecko. Być może jest to w tym filmie przejaskrawione i  ukazane zbyt sztampowo i schematycznie. Jednak reżyser zrobił to, moim zdaniem, celowo. Po wyjściu z kina każdy rodzic może się zastanowić, czy naprawdę zna swoje dziecko, czy poświęca mu wystarczająco dużo uwagi, czy umie dostrzec niepokojące symptomy, że dzieje się w jego życiu coś niedobrego. Rodzice Dominika pochłonięci karierą i pustymi miłostkami nie zdają tego egzaminu. Nie wystarczy zasypać dziecko przeróżnymi gadżetami, by czuło się akceptowane, kochane i szczęśliwe. Wychowanie to ciężka praca i odpowiedzialność. I przede wszystkim wymaga czasu. W relacji rodziców z głównym bohaterem brakuje prawdziwej więzi i bliskości. Być może się nawet starają, ale gdzieś w pogoni za pieniądzem zapomnieli, co tak naprawdę w życiu się liczy. Ich bezradność, a rzekłabym nawet, że głupotę, doskonale obrazuje scena z psychologami. Wręcz nieprawdopodobna. Nie do końca jednak uwierzyłam w to, że dorośli, poważni ludzie, nie mają możliwości, by wyciągnąć zamkniętego kilka miesięcy syna ze swojego pokoju. Coś mi w tym wszystkim nie grało. Jednak Komasa zwraca tym samym uwagę na fakt, że problemy nie odnoszą się tylko do rodzin patologicznych. Mogą dotknąć każdego. I niekoniecznie będzie jasne, jak je przezwyciężyć.

Wykorzystanie awatarów i animacji w polskim filmie było pomysłem dość nowatorskim. Jednak to nie kolorowy, wirtualny, stylizowany na gry i japońskie kreskówki świat zrobił na mnie największe wrażenie. Atutem filmu okazała się gra aktorska okraszona odpowiednio dobraną w idealnych momentach muzyką. Podejrzewam, że o Jakubie – odtwórcy roli Dominika – jeszcze nie raz usłyszymy. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie Agata Kulesza – z telewizji znana z roli komediowej – tu zabłysnęła jako mocna, momentami nieco wyuzdana baba, a także cierpiąca i bezradna matka. Bardzo dobrze zagrana, mocna rola. Aktorce należą się za nią duże brawa. Najsłabiej spisała się, według mnie, Roma Gąsiorowska, która nie do końca przekonała mnie jako niebezpieczna, demoniczna kobieta, mająca olbrzymi wpływ na innych ludzi. Za to jedną ze scen nadrobiła te braki. Mocnym punktem była też scena w wirtualnym świecie Sali samobójców, w której jeden z bohaterów-awatarów ujawnia hipokryzję i miałkość zebranych tam osób…

Jako że przewidziałam zakończenie, byłam nieco rozczarowana. Miałam nadzieję, że reżyser mnie zaskoczy, porwie. Co prawda jeszcze po napisach końcowych cała sala siedziała chwilę w milczeniu i skupieniu. To robiło wrażenie. Film naprawdę gra na emocjach. Porusza i nie można pozostać wobec niego obojętnym. Można mu zarzucać, że ciężko normalnemu człowiekowi utożsamiać się z problemami bogatego, aroganckiego i rozpieszczonego nastolatka, którego nuda zmusza do szukania  niecodziennych wrażeń. Jednak gdy się głębiej nad tym zastanowić, to wokół nas jest wielu wyobcowanych ludzi, którzy nie radzą sobie z rzeczywistością i uciekają w swój wewnętrzny świat. Internet stał się dla niektórych z nich miejscem, w którym mogą się schronić, ukoić skołatane nerwy, stać się kimś innym, kimś lepszym. To może uzależniać.

Film powinni obejrzeć rodzice, dla których świat nastolatków często jest odległy i obcy, oraz młodzież, która być może dzięki temu obrazowi zrozumie, że każdy czyn może mieć poważne konsekwencje, mimo że z początku wydaje się tylko niewinną i beztroską zabawą. Z niecierpliwością czekam też na kolejny film Jana Komasy. Myślę, że będzie to ważne nazwisko dla naszej kinematografii.